03.09.2015, 14:24 | miłość
come back

Wrócił na Badoo. Z zupełnie innym kontem. Innymi zdjęciami "z Ustki" srustki. Wyświetlił mi się w "chybił-trafił" - i co, chybił czy trafił? "Szuka nowych znajomości", w profilu nie ma nic. Wcześniej miał informacje, że jest "kulturalny, skromny i przede wszystkim dobrze wychowany". BITCH, PLEASE.

Byłam jedną z wielu. Naprawdę, żal mi siebie.

Czyli co? Nie wyszło mu z Byłą-Obecną-Przyszłą? Czy robi ją na lewo?



03.09.2015, 23:21 | ja/moje
nowy początek

Podobno jednym ze sposobów psychoterapeutów jest próba przekonania pacjenta do zdefiniowania siebie samego. Nie wiem czy to prawda bo wprawdzie korzystałam z pomocy psychologa jeszcze za czasów gimnazjum oraz psychiatry w liceum ale żaden z nich nie próbował na mnie takowych sztuczek. Nie mniej pomysł wydaje się być zasadny w świetle tego co sama chcę osiągnąć – udoskonalać się. Nie da się udoskonalać czegoś nieokreślonego i trzeba najpierw zrobić rys osoby jaką jestem na dzień dzisiejszy.

Mam opinię pewnej siebie, wrednej i pyskatej. Ludzie cenią mnie za szczerość ale to właśnie ona jest źródłem problemów. Nie zawsze tak było.

Kiedyś byłam zaszczutą nastolatką, prześladowaną przez koleżanki i kolegów z klasy i poza szkoły. Klasyczny przykład gnębienia w szkole. Za wszystko. Ciężko jest być niepełnosprawną nastolatką zamieszkującą małą miejscowość. Mimo iż minęło od tego czasu ponad 10 lat ja i tak wciąż oglądam się za siebie, na opinię ludzi i uważam na to co robię tylko dlatego by nie powtórzyły się plotki na mój temat. A plotki dotyczyły rzekomego dawania dupy przeze mnie. Stąd mimo ukończenia 26 lat i szeregu randek z dziesiątkami facetów ja spałam tylko (i aż) z dwoma. Nie umiem, nie potrafię i chyba nie chcę wyrzucać tego z głowy. To doświadczenie nauczyło mnie samoświadomości, pewności siebie. Po depresji i kilku przypałach niedoszłego samobójcy stałam się inną, świadomą licealistką. Wredną, pewną siebie i pyskatą. Wiedziałam, że tylko tak obronię się przed rówieśnikami i nie pozwolę wejść sobie na głowę. Faktycznie, w liceum byłam inna. Nie przykładałam się do nauki, nie miałam przyjaciół. Liczył się tylko Jedyny. Ta pewność siebie i arogancja jakie się we mnie zrodziły w latach buntu są ze mną do dzisiaj. Jestem oziębła w kontaktach z innymi, nie zaprzyjaźniam się i nie ufam. Przeważnie pozuję na osobę z wielkim mniemaniem o sobie, gardzącą innymi i kąsającą jadem na wszystkie strony. Taka jestem. Na zewnątrz. Nie często ale zdarza się, że pozwalam komuś podejść do siebie bardzo blisko i okazuje się, że jestem zupełnie inna. Potrafię szczerze kochać, być oddana, wrażliwa i skora do pomocy. Takie cechy podał mój e-znajomy, który zna mnie wyjątkowo dobrze. Chciałabym siebie też taką widzieć ale mam problem z obiektywnym uznaniem pozytywnych cech charakteru.

Gdy myślałam o tej notce te 1,5tygodnia niebytu online notowałam gdzie się da swoje przemyślenia. „To nieprawda, że w siebie wierzę. Nie wierzę. Mam multum kompleksów (wynikających z choroby i przekonania o swojej niższości społecznej) , jestem wrażliwa i skryta. Nie chcę by ludzie mnie krzywdzili dlatego przywdziewam maskę suki, będąc często arogancka co znacznie przekracza pewność siebie”. Kompleksy w jakie wpędziło mnie społeczeństwo sprawiają, że sama siebie musze dopingować do codziennego wstawania rano. Nie umiem cieszyć się wegetacją do jakiej sprowadza się moje życie. Choroba i strach przed nietolerancją popchnęły mnie w stronę depresji. Mam wręcz odwrotne doświadczenia, a jednak wciąż tkwię w przekonaniu, że spotkam się ze skrajną nietolerancją. Ludzie mi kibicują, podziwiają mnie i często chwalą postawę wobec życia. Moja ‘przyjaciółka’ też jest w gronie moich „fanów”. Czasami zostawia mi na FB wiadomości motywujące, przypominające o tym kim dla niej jestem. Fragment:
„jesteś świetna dziewczyną, o której opowiadam wszystkim nawet tutaj w mojej pracy
ze jestes dla mnie inspiracja i w ogóle jaka jestes zajebista, zdolna i zorganizowana.”


Niby zauważam niektóre cechy w sobie, ale mam problem by taka być od tak. Nie wiem czy można tak to nazwać ale dla mnie to wysiłek być miłą. Może tak nie jest, bo w końcu przy Księciu byłam miła, spokojna i uśmiechnięta i nic mnie to nie kosztowało, to było oczywiste i zwyczajne. Czasami myślę, że usilnie dopatruję się w sobie negatywów, pozwalam by wracały stop-klatki wspomnień z gimnazjum. Nie umiem nawet odnieść się do takich słów jak:
„jak ja opowiadam o Tobie, o tym jak pokonywałaś wszystkie trudności,
jak czasem było Ci ciężko i miałaś dość, ale dałaś radę i mimo wszystko jesteś tu gdzie jesteś”.
„zawsze chetna do pomocy bliskim, nawet kiedy jej samej jest ciezko.
pomoze wyjsc nawet z najgorszego dolka, motywuje do zycia i naprawiania tego, co złe.”


Po przeciwległej stronie stoi strażnik mojej oficjalnej strony. Moja siostra jest krytykiem wszystkiego co robię. Czasami wstrzymuje się od kąśliwej uwagi, ale na ogół dorzuca tylko do pieca. Twierdzi, że jestem na tyle mało rodzinna, że nie uznaję członków rodziny za rodzinę i dopuszczam do siebie tylko tatę. Posunęła się nawet do stwierdzenia, że wyprowadzając się na zawsze z domu zerwę ze wszystkimi kontakt. Nie do końca jest tak jak mówi. Oczywiście jestem córeczką tatusia i w sumie racja, że tylko jego zdanie uważam za sensowne. Mimo nienawiści do matki nadal ją za nią uważam i nie wyrzekam się jej na wszelkie sposoby. Brat, chociaż urąga moim standardom moralności nie spotkał się tez nigdy z odrzuceniem. Owszem, chodzę własnymi drogami, nie jestem rodzinna i nie lubię udawania, że jesteśmy super familią, bo tak nie jest. Nie wiem jaka jest przyczyna aż tak negatywnego stosunku do rodziny, ale zawsze tak było. Jestem gdzieś obok będąc jednocześnie w centrum uwagi. Natomiast słowa siostry, że jest przeze mnie nieszczęśliwa i chce ode mnie uciec ranią jednak do żywego. Więc nie jestem pozbawiona uczuć wyższych w stosunku do rodziny, ich złe chwile też się na mnie odbijają, chociaż nie pokazuję troski o osoby trzecie. Mam z tym problem, fakt. Wyglądam zatem na osobę która przejmuje się wyłącznie sobą, a jest inaczej. Problemy bliskich są często i moimi problemami ale wyznaje zasadę, że mój smutek tej osobie i tak nie pomoże, więc się staram dystansować od problemu, choćby na zewnątrz.

Moją główną wadą, autentyczną nieudawaną w przeciwieństwie do suczego charakteru, jest szufladkowanie ludzi. Zawsze mam uprzedzenia i szybko nadaje łatki, określam negatywnie kogoś. Nie zwykłam mówić o kimś dobrze. Zawsze są to negatywne skojarzenia. W swoich notatkach mam zdanie „oceniam wszystkich jedną miarą, jedyną słusznym odniesieniem jestem ja sama. Każdy odmiennie ukształtowany człowiek jest zły i należy go wyeliminować ze swojego otoczenia”. Tym się kieruję w życiu i faktycznie tak jest. Odcinam się od ludzi, którzy kierują się w życiu zasadami których ja nie akceptuję, typu „w życiu trzeba wszystkiego spróbować” zatem jarają, zdradzają, ruchają się na lewo i prawo tłumacząc „to ludzkie przecież!”. Nie uznaję innego scenariusza niż mój własny. Przeszkadza to głównie w nawiązywaniu relacji koleżeńskich. Czyli we wszystkich. Ładnie kulturalnie nazywa to kolega:
„nad czym Dama powinna, moim zdaniem (jak zawsze skromnym) popracowac?
bardzo ogranicza sie poprzez niechec do odkrywania nowych rzeczy.”

Nie lubie nowości, nie lubie mieszania mi w życiu, kocham swoją rutynę… i skrycie tęsknie za szaleństwem.




07.09.2015, 01:24 | ja/moje
5 uszczęśliwiaczy

Pozytywny poniedziałek, odsłona pierwsza. Nie każdy tydzień musi zaczynać się złym humorem, armagedonem, szarym blokiem z naprzeciwka. Każdego dnia możemy zmienić wszystko, można zacząć od małych rzeczy jak np. ja. Zamiast smętnej notki dzisiaj zdradzę 5 rzeczy, które poprawiają mi humor lub poprawiają go innym przebywającym w moim otoczeniu ;)

1. Rozbawiają mnie próby mówienia po polsku przez obcokrajowców. Liczba filmików na YT jakie obejrzałam powala, a ja niezmiennie mam brechę z ich min na widok/dźwięk polskich słów. Ambasada USA oczywiście zajmuje pierwsze miejsce. Podobne reakcje wywołuje u mnie próbowanie przez obcokrajowców naszych dań narodowych (pierogi RUSKIE, karp po ŻYDOWSKU ;)) i słodyczy. Gdy będziecie mieli gorszy dzień - polecam ;D

2. Potrafię rymować na zawołanie. Na kawę wołam tatę dziecięcym wierszykiem.
Np. Kubek na ławę już każdy postawił, prosimy tatę by towarzystwem nas bawił ;P

3. Na gorszy nastrój, często w okres, maluję paznokcie na poprawę humoru. Są to pstrokate kolory, wzorki czy flaga brytyjska, do której mam wielką słabość. Dzisiaj mam wzór aztecki fluorestencyjny ;)

4. Nigdy nie mam zachcianek słodyczowych. Natomiast maniakalnie potrafię wymyślać potrawy, które są niedostępne w obecnym sezonie. Np. pomelo w lecie, w zimie truskawki i cukinia smażona. Gdy mama i siostra rozpływają się w marzeniach o kostce czekolady ja zawsze myślę o bigosie, żurku albo bobie. Moja mama kociokwiku ze mną dostaje :P

5. Ulubioną grą/zabawą z dzieciństwa jest "jaka to melodia" i nucenie sobie Spice Girls. Do tej pory potrafię katować rodzinę nuceniem openingów z bajek, seriali lat 90tych albo właśnie hitów poprzednich dekad. Gdy nikt nie widzi - tańczę :)

Jakie Wy macie sposoby na poprawę humoru?:)



11.09.2015, 00:46 | filozofie
terapia najmojsza

Myślę. Siedzę i myślę nad tym co Wam napisać. Kłębi się we mnie wiele myśli, wiele obrazów, wiele wspomnień, których nie potrafię poukładać, schować, zdystansować się od nich.

Zapytacie jak się mam, jak sobie ułożyłam sprawy po rozstaniu. Nie jestem mądra jeżeli tak długo opłakuję coś, co ostatecznie mnie skrzywdziło. To głupie wspominać komplementy, zapewnienia o uczuciu i te wszystkie erotyczne iskry jakie fruwały między nami. Bolą mnie te obrazy, te wspomnienia. Stał się dla mnie wszystkim w bardzo krótkim czasie. Nie ma w tym nic złego, tak uważam. Świadczy bowiem o oddaniu, o szczerości i lojalności wobec niego. To co zrobił jest okropne, karygodne, a biorąc pod uwagę mój stan zdrowia - niemoralne. Męczyłoby mnie to dużo dużo bardziej i dłużej gdyby nie pewna konkluzja jaka zrodziła się w międzyczasie. Podarował mi czas. Podarował mi czas, jaki może nigdy do mnie nie wrócić.

Skąd takie myślenie?

Za kilka lat będę mężatką, będę mamą może jednego może dwójki urwisów. Decyzja o ślubie jest ważna. Jeszcze ważniejsza jest decyzja o potomstwie, o staraniach. Bo jest to nieodwracalne. Całe życie podejmujemy decyzje odwracalne. Wybieramy gimnazjum czy liceum, które możemy zmienić. Możemy w ogóle przenieść się do technikum. Idąc na studia możemy wybierać i przebierać w kierunkach. Możemy rzucić życie studenckie by zarabiać duże pieniądze poza granicami PL. Możemy wrócić w szeregi żaków, a później znowu to olać. Każdą z decyzji możemy naprawić czy zmienić. Możemy być w wielu związkach, możemy być w jednym, możemy wyznawać miłość, następnie zrywać. Możemy wszystko. Możemy nawet wyjść za mąż i później się z tego wykręcić. Zachodząc w ciążę, decydując się na dziecko będę już na zawsze mamą. Nawet jak dziecko umrze, i tak będę mamą. Bo w tej roli jest się już zawsze. Tak jak w roli córki, siostry. To rola nieodwracalna, niezależna od zdrowia, życia dziecka. Tak uważam. Posiadając rodzinę oddajemy się jej w całości. Nawet tworząc związek mamy siebie coraz mniej bo im związek bardziej poważny, emocjonalnie angażujący tym mniej nas samych w sobie. Po pojawieniu się dzieci całą energię pożytkujemy na ich wychowanie. Dla znajomych jesteśmy już tylko Damą z dzieckiem, rodzina też pyta tylko o potomków. My sami przestajemy się liczyć. Na długo, a może nawet na zawsze. Bo matką jest się na zawsze.

Gdy mnie uderzyła ta prawda zdałam sobie sprawę, że może mam ostatnią szansę na pokochanie siebie, na spożytkowanie tego czasu w dowolny sposób. Bez tłumaczenia się, oglądania na kogokolwiek. Mam czas na odnalezienie Damy w sobie i 100% pielęgnację jej najpiękniejszych cech. Mam czas spełniać marzenia i popełnianie błędów, z których nikt mnie nie będzie rozliczał. Czas na bycie sobą. Tylko sobą, dla siebie. I nie miałabym tej szansy będąc z nim. Będąc w związku, który prędzej czy później pewnie by się rozpadł (książę ma konta na wszystkich znanych mi portalach randkowych, przeszukałam dokładnie - o czym to świadczy? Przecież nic złego o mnie).

ps1. Nie prostujcie mojego wyobrażenia o dzieciach i rodzicielstwie. Niech w nim trwam, bo ta wersja leczy moje serce. Jest dobrą wersją, najlepszą terapią na moje bolączki.




14.09.2015, 23:49 | przyjaźń
coś dobrego

Spotkania z koleżankami są bardzo pożądane. Może głównie dlatego, że mierzymy się z podobnymi problemami, choć dzieli nas... 15lat! Przypomina mi moją mamę, ale tylko z wyglądu. W przeciwieństwie do mojej zdepresjonowanej rodzicielki Ona jest promykiem nadziei. W tym niewielkim ciele kryje się wielka osobowość, twarda babeczka która pozytywnym nastawieniem daje mi kopniaki na rozpęd.

Cudowny wieczór przy kawie i herbatce, na plotkach i wspominkach. Spotkania raz do roku owocują wieloma przegadanymi godzinami. Warto czasami się wyluzować.



16.09.2015, 23:39 | miłość
Książe

Potrafił na pożegnanie złapać moje nadgarstki jedną ręką i trzymając je w górze całować mnie namiętnie wsadzając mi drugą rękę w majtki.
Dorzucając płomienne spojrzenie mówił swoje "Kocham Cię".
Gdy gotowałam obejmował mnie od tyłu, siadał na blacie i przyciągał do siebie wsadzając mi język do gardła.
Godzinami leżał obejmując mnie i mocno trzymając w silnych ramionach.
Muskał mnie palcami po plecach szepcząc do ucha.
Gryzł mnie w usta.
Rozbierał z łatwością. Do naga. Prawie.
Gdy w środku nocy się żegnaliśmy zawsze się meldował gdy dojechał do domu.
Każdego ranka pisał "Dzień dobry".
Kiedyś na moje "dzień dobry" odpowiedział mmsem dźwiękowym, aktualnie lecącą w radio piosenką "dzień dobry kocham Cię".
Mówił na mnie Dziubek, tak samo jak mój Tatuś.
Zawsze przez zaciśnięte zęby mówiłam jego imię, gdy mnie pieścił. Lubił to. Lubił to z trudem wypowiadane imię nawet gdy mówiłam tak przez telefon. Podniecało go to, wiedział że gdy tak już mówię, to jest na dobrej drodze.
Zdarzało się, że gdy mnie tulił do siebie, a ja znikałam wtulona w klatę zaciągałam się jego zapachem i szeptałam " jak Ty pachniesz!".
Kochaliśmy się 2-3 razy dziennie. W różnych miejscach. Czasem ostro.
Miał przez moje pieszczoty "karuzelę".
Zrobiłam mu krwiaka na kości biodrowej skacząc kiedyś po nim. Gdy mi to pokazał z rana z przerażenia zatkałam usta dłonią i z trudem pohamowałam łzy. Nie chciałam go krzywdzić.
Niejednokrotnie wysyłaliśmy sobie erotyczne smsy, zdjęcia czy uprawialiśmy cyber. Nasza znajomość w sumie zaczęła się od malowania jajek czerwoną szminką. Zażartowałam, że z okazji Wielkanocy życzę mu właśnie takich pisanek, i tylko takich.
Zawsze trzymał mnie za rękę. ZAWSZE. Nawet przez sen.
Budził mnie pocałunkami.

Mam nadzieję, że w chwilach zwątpienia będzie go prześladował mój szept "jak Ty pachniesz" i "imię" wypowiadane przez zaciśnięte zęby. Mam nadzieję, że będą takie dni, w których wspomni mnie jako osobę, której straty i krzywdy najbardziej żałuje.
Wiem, że nie byłam i nie jestem najlepszą kochanką, najlepszą partnerką czy przyjaciółką. Może nie jestem idealna, ale z pewnością byłam oddana. Miałam nadzieję, że będzie moim Mężem bo ciężko mi sobie wyobrazić, że może być ktoś inny, kto z takim samym humorem podejdzie do choroby, kto będzie mnie pożądał aż tak. Podobało mi się to w jaki sposób spędzaliśmy czas, jak mnie wspaniale przytulał. Uwielbiałam czuć się taka... dopełniona.

Patrzę na zdjęcia, na smsy, wspominam... i boli mnie już mniej. W sumie to mogę na to patrzeć bez większych dolegliwości. Zaczynam w duchu żegnać się z tymi wspomnieniami wiedząc, że nie wrócą.



18.09.2015, 21:04 | kariera
dylematy i wakacje przyszłego magistra

Mam kochanych rodziców. Zapłacili za kolejne szkolenie czyli mój nowy szalony pomysł na zmianę tematu pracy magisterskiej, która jeszcze nie została zaaprobowana przez Promotora.

Byłam zdecydowana co do tematu pracy i jej kształtu dopóki ten drugi nie został zmieniony przez Promotora. Kompletnie mi go przekręcił po swojemu, a ja nie umiałam się w tym odnaleźć. Co jest złego w rozdziale biograficznym jeżeli piszę o jednym człowieku? Nie wiem. Mojemu Promotorowi się to jednak nie podoba i kazał unikać wtłaczania biografii do pracy. No to już nie chcę pisać o tym bo pomysł na pracę miałam kompletnie inny. Pisałam licencjat z ujęciem biografii i praca została pochwalona i nazwana WYBITNĄ i MAGISTERSKĄ. Tryb "wiem lepiej" włączony. Nie chcę pisać pracy, z której będę niezadowolona. Mija się to z celem. Chciałabym zmienić na ten zupełnie nowy pomysł, choć jest bliski innego kierunku i boję się zarzutu, że nie spełni on oczekiwań związanych z dyscypliną jaką rzekomo mam uprawiać po moim kierunku. Popadam w paranoję. Tematów podałam od marca chyba z 10. W sumie na każdy temat mam pewną wiedzę i chętnie bym się podjęła, ale boję się zjebać złą pracą moją średnią (4.92 ^^). Zależy mi na bezstresowym przebrnięciu przez obronę, ale czy z moim Promotorem to w ogóle możliwe?

W sferze kariery zostając, a łącząc to niejako z odpowiedzią na pytanie GrubejBambaryły "A co Ty porabiasz teraz w wakacje?", udzielam odpowiedzi:

Nie lubię się przemęczać. Nie jestem typem pracusia. Jestem bardzo ambitna (podważa to moja siostra) ale nie umiem zarzucać się robotą i nie lubię gdy ktoś to robi. Moje ostatnie wakacje w życiu (za rok obrona tytułu magistra i... praca :() pożytkowałam głównie na obijaniu się. Tak drodzy Państwo. Ja-się-obijałam. Obijanie się w moim wykonaniu nie jest wolne od podejmowania aktywności.
Skupiałam się na wyjściu z dołka i osiągnięciu względnego spokoju przed powrotem do Miasta Studenckiego, w którym czeka na mnie łóżko z milionem wspomnień. Nie przeszkodziło mi to jednak w podjęciu próby porządkowania w... szafkach, w notatkach, w komputerze. Przeczytałam w sumie 3 książki (kłamię, 2.5 bo ostatnią kończę), ukończyłam kurs e-learningowy z zakresu moich zainteresowań (aspiracji zawodowych?), a także współpracowałam w ramach akcji charytatywnej. Zrobiłam kilka rzeczy z myślą o sobie i kilka z myślą o innych. Zaprojektowałam kolejny tatuaż. Spotkałam się z moją Przyjaciółką i koleżanką. Byłam na zakupach z siostrą. Trenowałam z bratem płacząc później 3 dni z powodu zakwasów.
Mam prawie czystą głowę, niewielką motywację do działania i pusty portfel. Najgorsze wakacje mojego życia dobiegają końca. A w czerwcu zapowiadało się tak... nieziemsko.



21.09.2015, 19:14 | ja/moje
strach ma wielkie oczy

Śniło mi się poprzedniej nocy, że ktoś ze znajomych na roku znalazł mój blog. We śnie zwróciłam się może niezbyt uprzejmie do jednej z koleżanek, a ta zaczęła cytować moje słowa bloga publicznie pozwalając na śmiech pozostałych koleżanek i kolegów. Już kiedyś coś takiego miało miejsce w moim życiu i nie było to przyjemne doświadczenie. Boję się powtórki prawdę mówiąc. Mam jakiś dziwny niepokój od tamtej nocy i zastanawiam się jak się zabezpieczyć przed taką możliwością.

Jest tutaj ktoś, kto źle mi życzy i myślę, że pławi się także w złorzeczeniu Wam. Mówię poważnie. Od miesięcy tłucze się we mnie ta myśl i chęć ostrzeżenia Was przed takimi wampirami energetycznymi. Prawdę powiedziawszy ta osoba ma tutaj wiele blogów i nie mam gwarancji, że osoba komentująca nie jest "nową wersją" tej osoby. Właśnie w tej osobie upatruję zwykłego donosiciela, który mógłby zrobić coś tak nagannego jak powysyłać linka.
Cierpię na paranoję związaną z ta osobą i zaczynam się zastanawiać, czy nie poruszyć tej kwestii na terapii.




24.09.2015, 20:16 | kariera
kujon

Dlaczego nie mogę luźno podejść do studiów tylko cisnę po sobie? Przecież ten kierunek jest niżej niż dno, godzi w moje poczucie wartości, a i tak się stresuję. Po co?! Nienawidzę tej chorej ambicji w sobie.

Pisałam Wam o tych dylematach związanych z tematem? No to wymyśliłam nowy, zrobiłam plan pracy i wysłałam mojemu ulubionemu wykładowcy z prośbą o radę i ocenę. Długo nie odpisywał więc sądziłam, że przegięłam prosząc go o pomoc w zakresie, który do jego obowiązków nie należy. Odpisał pochlebnego maila z uznaniem dla nowego tematu i zaproszeniem na konsultacje by jeszcze go przedyskutować. Zaproponował też bycie recenzentem tej pracy więc uśmiech nie schodził mi z twarzy przez kilka godzin. Dzisiaj znowu dylemat, bo czuję w kościach, że Promotor na wieść o zmienionym temacie KOLEJNY RAZ chyba mnie utłucze, a jak napomknę o recenzencie to mnie wyrzuci z seminarium. Bankowo!

Co ja mam robić?! Wyluzować, ja wiem... ale JAK?!



25.09.2015, 23:08 | ja/moje
moc

Siedzę, wysmarowana samoopalaczem. Wpadł mi do głowy świetny pomysł. Sprawdzę jak to jest być alternatywną wersją siebie. Zacznę niemiłosiernie o siebie dbać, smarować się pierdyliardem kremów od wszystkiego, zawsze mieć idealny makijaż i ułożoną nową fryzurę z nowym kolorem włosów. Będę ćwiczyła z Chodakowską, truła się zielenizną i znów zobaczę 6 z przodu na wadze.

Zrobię wiele rzeczy z myślą o sobie. Tylko o sobie. Wygram tę porażkę. A On tego gorzko pożałuje.



27.09.2015, 20:08 | filozofie
rosyjska ruletka

Myślę, że chciałabym mieć kiedyś dziecko. Męża na pewno chcę mieć i wiem, że zrobię wiele by tak się stało. Niepewność co do posiadania potomstwa wiąże się z chorobą (wrodzoną), która daje mi 49-51% szans na przekazanie wadliwego genu. Ile to jest "dużo" w przypadku zdrowia lub jego braku? 50% to dużo czy nie? Zawsze uważałam, że dużo dlatego ciąża to wizja tragiczna. Nadal. To nie jest niechęć oparta na debilnych pobudkach typu "nie chcę się roztyć" czy "braknie mi czasu na siebie", "nie będę mogła się spełniać". Jebać to ;> Serio! Jest miliony powodów dużo bardziej na poziomie niż takie płytkie egoistyczne pobudki. Tych nie rozumiem. W moim przypadku to trochę jak gra w lotto, w rosyjską ruletkę. Ryzyko jest... duże.

Tata mnie zaczepił wczoraj o ten temat. Pokazałam mu zdjęcia innej niepełnosprawnej osoby. Artysty. Mój tata jest trochę artystą więc jara go sztuka.

"Widzisz dziecko? Teraz nie ma rzeczy niemożliwych.
Choroby, mutacje genowe skazują ludzi na wielkie nieszczęście, a jednak odkrywają w nim piękno i taki dobry przykład dają. Wspominałaś, że boisz się przekazać swojej choroby dalej, ale zobacz że nawet z nią świetnie Ci się wiedzie. Ludziom zdrowym też się rodzą chore dzieci, nawet kilkoro! Myślisz, że my się nie baliśmy? Baliśmy się mieć kolejne dzieci.
Nie znasz nikogo z podobną chorobą kto ma już dzieci?"


Nie, znam tylko rodziców posiadających chore dzieci, 20 lat młodsze ode mnie. No ja wiem, że tak jest ale np. Nick Vujicic ma dwóch zdrowych synów, a ryzyko było wyższe niż u mnie.

"Nie ma się co bać, nawet z chorobą można żyć i uczyć życia innych"


Można, tylko co to za życie. Ja nadal się boję i wiem, że raczej nigdy ten strach nie odejdzie w cień. Zawsze będzie tłukł się w mojej głowie i sercu. Czasami trzeba być rozsądnym i nie obciążać drugiej osoby swoją egoistyczną zachcianką. Moje "chciałabym" wydaje mi się nią być.



30.09.2015, 23:30 | miłość
niedobrze

Myślałam, że w końcu zapracowałam, zasłużyłam na coś dobrego w życiu. W końcu po latach pracy nad sobą, charakterem, ktoś mnie pokochał całą za to jaka jestem. Bez zwracania uwagi na drobiazgi, doszukiwania się wad na siłę.

Bardzo boli fakt, że ani razu nie poprosił o powrót o szanse. I w swoich oczach jestem już na końcu łańcucha pokarmowego. Bo Exio jaki był taki był, ale po każdym zerwaniu (nawet tym ostatnim) zabiegał o mnie, zgadywał, próbował nawiązać kontakt. Książe milczy jak zaklęty. Dobrze, bardzo dobrze. I bardzo niedobrze. Bo świadczy o tym, że jestem nikim.
Znów mi źle. Bardzo.

I mam stop-klatki pod powiekami. Ciągle. Siedzimy na łóżku. Milczę, a w głowie sto myśli.
ja: możesz mi pomóc?
Książę: jasne!
ja: od kilku dni cierpię bo mi się zepsuło coś (około zdrowotne sprawy). Tutaj robisz tak i tutaj tak.
Książę: spoko, pokaż.
Ja z zakłopotaniem rozbieram się. Książę robi tak jak mu powiedziałam. Działa.
Z zawstydzenia nic nie mówię, ale wiele mnie to kosztowało. Nigdy się tak nie obnażam przy kimś obcym. Nic nie powiedział, ale widziałam po spojrzeniu, że jakaś myśl mu w głowie zaświtała.

To było dla mnie ważne. Akceptacja i rozumienie jakie od niego miałam. To, że mogę na niego liczyć i otacza mnie opieką i troską. Był dla mnie odzwierciedleniem mojego Taty. Myślałam, że to Ten. Naprawdę tak myślałam.

Płaczę dzisiaj. Chciałabym w jego wspomnieniach być dobra. Tak jak on jest w moich. Nie umiem widzieć go w negatywach. Dał mi tyle pięknych chwil, tyle uśmiechu i szczęścia. Och, Damo :( ale Ty jesteś naiwna dziewczyno...