05.03.2018, 18:49 | filozofie
pod znakiem @

Wyrzygałabym tutaj całą frustrację na dom, na rodzinę, na pracę, na związek i przyjaźń. Jasne, mogłabym. Ale po co ?



29.12.2017, 18:06 | filozofie
Podsumowanie 2017

Podobno, żeby zacząć dobrze Nowy Rok trzeba rozliczyć się ze starym. Co mi się przytrafiło, co z tego zostało, co udało się zrealizować, dzięki jakim podjętym krokom, jakie przemyślenia zabiorę ze sobą na przyszłość, a od jakich się odetnę?

Ludzie i relacje
Ojj, dużo się działo w tym roku. Dużo rzeczy, których bym się po sobie nie spodziewała w grudniu 2016 roku. Zaczęło się już w lutym od wirtualnej znajomości z Romeo. No, ten Romeo to był totalny niewypał. Co pamiętam z tej znajomości? Że cokolwiek bym nie zaproponowała, jakkolwiek bym się nie starała wszystko było nie tak, gorszej jakości i niezadowalające. Czy to mowa o jedzeniu, rozrywce czy seksie. No nie spełniałam wysokich wymagań łysiejącego kłamcy. Teraz, gdy to napisałam, pomyślałam o nim jak o Pinokiu, który zamiast rosnącego nosa ma wypadające włosy. Nawet zabawna wizja, z tą zostanę. Tak szybki obrót spraw sprawił, że straciłam zaufanie do facetów, a także szacunek do siebie samej. Przestałam wierzyć, że potrafię gotować, zorganizować coś więcej poza wieczorem filmowym w domu. Oj trzepnęło mnie to po ego, co tu kryć. Kochanka na jedną noc? To też nie byłam ja. I chociaż pisał „jednorazówek” później parę razy, ja pozostałam obojętna – miał być zapomnieniem, a był przypomnieniem… jak niewiele znaczę, jaka jestem chujowa we wszystkim. Przyjaciółką też nie potrafię być. Nie pisałam o tym, ale odnowiłam znajomość z pewnym moim bardzo dobrym znajomym, jeszcze z liceum. Spotykaliśmy się czasem w nocy na przejażdżki. Po kilku miesiącach takich spontanicznych spotkań i wirtualnych rozmów postanowiliśmy spędzić wieczór przy filmie. Koniec spotkania to jego seksualna niedyspozycja, moje łzy i obopólne rozczarowanie. Jak się kończy friends with benefits? Pustką.

Praca i rozwój
Zawsze marzyłam o pracy zgodnej z moim wykształceniem, dzięki czemu utrę nosa wszystkim niedowiarkom. To chyba rzadkość, że pierwsza w życiu praca jest od razu na pełen etat, bezterminowa i w zawodzie? Chciałam, by praca którą wykonuję dodatkowo mnie rozwijała, wykorzystywała moje talenty i je pobudzała. Rozwinęłam się, ale tylko do pewnego momentu. Dzisiaj widzę wiele jej wad, a jedną z nich jest bardzo mierne wynagrodzenie, które nie jest w żaden sposób uzależnione od moich wysiłków i nakładu pracy. Mimo, iż w umowie mam opcję premii, nigdy jej nie dostałam. Czuję się niedoceniana, bez przerwy odsuwana od projektów. Jak tylko wyrażę chęci rozwoju, nauki czegoś więcej to zostaje zepchnięta na sam koniec. Nie liczą się tutaj ze mną, uważają moją pracę za nieważną. To rozczarowanie towarzyszy mi od czerwca i nasila się, sprawia że jestem sfrustrowana i wyładowuję się na koleżankach z pracy. Nie powinno tak być, to tylko pieniądz. Tylko, że pieniądz nie jest „tylko”.

Rodzina i znajomi
Moje relacje z rodziną bardzo się popsuły. Przestałam ich doceniać, zauważać, kochać i akceptować. Mam problem z okazywaniem emocji i nie potrafię wyzbyć się pewnej cechy: matki. Mówię im jak mają żyć, dyryguję nawet rodzicami. Jest to jedna z moich wad, która się bardzo uwypukliła w tym roku. Ze znajomościami jest tak, że są pewne trwałe kontakty, których nie niszczy czas i własny rozwój. Są też takie, które nie wykiełkują zanim się zakończą. Znajomości internetowe już mnie nie bawią i niechętnie zmieniam je na realne. Trochę przez kompleksy, a trochę przez dystans, którego nauczył mnie Romeo i Exio. Przemęczenie przyjaciółką nieco zelżało i ostatnie 2 spotkania spędziłam na chilloucie, chociaż niewiele się zmieniło i temat 3 (nie)byłych facetów wciąż jest nr 1. Zdystansowałam się, niech przeżywa tak, jak potrafi. To jej pomaga? Ok. Mi pomaga odcięcie. Każdy jest inny.

Sukcesy 2017
Tak, w 2017 roku udało mi się wiele rzeczy, m.in. zakup samochodu, wyjazd do Krakowa i Warszawy, podtrzymanie znajomości, które mnie wiele uczą i rozpoczęcie na nowo terapii. Dla mnie auto to nie jest tylko pojazd na 4 kołach. To moje nogi, to moja szansa na bycie równą, to synonim samodzielności i niezależności. Dzięki temu mogłam dojeżdżać na spotkania z psychologiem, bez mówienia o tym rodzicom. Nie muszę się im już z niczego tłumaczyć. Wielokrotnie jeździłam nim do lekarza, bez proszenia się o czyjś czas bo „mam pobieranie krwi”. Kurczę, to jest milowy krok w moim życiu. Zmiana, która mi się dotychczas tylko śniła. Chociaż wyjazdy z pracy do stolic Polski odbyły się w Jego towarzystwie to jednak warto je odnotować, choćby ze względu na nowe doświadczenia. Dzięki temu, że odbudowałyśmy kontakt z moją przyjaciółką z lat dziecięcych mogę uczestniczyć w życiu jej tegorocznej córci. Zostałam ciocią i staram się cieszyć tym nowym mianem, najlepiej jak potrafię. Ogromnym wsparciem i inspiracją jest moja starsza koleżanka z pracy. Doświadczona, schowana za igłami, niedostępna ale… wrażliwa i troskliwa, pokazuje mi że są ludzie, którzy są szczerzy w tym, co robią. Młodsza koleżanka uczy mnie dystansu i zaraża pozytywnym myśleniem, otwartością na innych. Obie spokojne, wyważone są lekarstwem dla mojego nadciśnienia. Terapia jest powolna, ale od początku wzięłam ją na poważnie i szczerze się przyznaję do odczuć. Czasami wydobycie prawdziwych spostrzeżeń trwa trochę dłużej, co mnie deprymuje, ale nie chcę się poddawać. Co tydzień pracujemy nad poprawą mojego życia, ale głęboko zakorzenione nawyki myślowe ciężko przełamać. Liczę, że po roku terapii będzie lepiej bo czasami mam wrażenie, że już jest nieznaczna poprawa.

Porażki 2017
Nie udało mi się zrzucić nawet 1 kg, zamiast tego waga podskoczyła o kolejną dychę i zobaczyłam na wadzę 96kg. Nie tak dawno było 75. Dieta za dietą, kompletnie zatraciłam się w pościgu za spadkiem kilogramów i nie potrafiłam doceniać dobrych rzeczy. Zgubne jest to maniakalne myślenie o fizyczności. Nigdy nie będę szczęśliwa, bo waga 56 kg też mnie nie uszczęśliwi. Uszczęśliwi 96 i 90 i 70, tylko wtedy gdy pokocham siebie, taką zwyczajną. Z ułomnościami. Wyścig do perfekcji nigdy nie ma mety. No chyba, że w grobie. Nadal dużo przeklinam, o wiele za dużo. Pozwalam sobie nawet przy rodzicach, co uważam ze oznakę patologii. Zamiast sukcesu na tym polu, odnotowuję ciągły zjazd w dół i szerszy wachlarz wulgaryzmów. Zatracenie siebie i poszukiwanie jakiejkolwiek formy akceptacji popchnęło mnie do zatracenia moralności i kompletnie stałam się spierdolona. Taka… na wskroś. Jaka nigdy nie chciałam być. Brzydzę się sobą, a odbudowanie tego może mi nigdy nie wyjść.

Jestem zawstydzona tym rokiem, który był oznaką porażki i upadku mojego ego. Chyba każdy będzie lepszy niż ten. Chciałabym, by ten 2018 Nowy Rok był łaskawy i pełen dobrych chwil.




08.12.2017, 23:46 | filozofie
Przełomy

Jestem od dzisiaj dorosła. Przeszłam z karty na abonament.



26.10.2017, 21:20 | filozofie
ten stan

10 dni wolnego. Co ja z tym czasem zrobię...

Ownlog opustoszał. Gdzie jesteście?

PS. Bambaryło, dlaczego zastrzegłaś bloga?



30.09.2017, 14:30 | filozofie
sklejka

I znowu chora. Kurwa mać! Czy rzeczywiście stres jest aż takim wrogiem, że rozpierdala nas od środka niszcząc naszą odporność? Odcięłam kolejny stresogenny czynnik i miałam nadzieję, że będzie lepiej, ale wcale nie jest.

Jednorazówek odzywał się dwa razy, mimo iż prosiłam by tego nie robił. Co za tupet...

Na terapii w porządku, aczkolwiek brakuje mi takiego elementu poczucia ułożenia puzzli. Narazie tylko gmyram po troszku w każdym aspekcie niczego nie wyjaśniając, do niczego się nie dokopując... wkurwiające. Mam nadzieję, że po kolejnym miesiącu efekty będą lepsze.

Brakuje mi przyjaźni w życiu. Oparcia, troski, wspólnych chwil.



28.06.2017, 22:16 | filozofie
lekcja życia

Muszę pamiętać, zawsze, ile mnie nauczyły studia doktoranckie i praca. Ludzie, których poznałam w tych sferach. jak się rozmawia z bliskimi "jesteś wspaniała!" "Damo, dziękuję Ci" i co to jest szacunek. To może mnie zmienić, tylko muszę zacząć to naśladować. Póki co tylko obserwuję z szeroko otwartymi oczami i uszami. 
I dziwię się, bo u mnie w domu nikt szacunku nie okazuje, warczymy na siebie i nie ma tu miejsca na słowa uznania. 




14.05.2017, 22:45 | filozofie
splątana

Od 2 godzin siedzę nad otwartą kartą wpisu i... i nic. 

Wczoraj siostra zapytała czy Romeo się odzywał. Ani słowem. Od 1.5 tygodnia. Na taką odpowiedź padło tylko "co Ty mu zrobiłaś?!" no bo przecież ja zawsze jestem wszystkiemu winna.

Byłam na piwie z kumpelą. Było jak zawsze. Ja mówiłam 30min, ona 3.5h. 

Czuję się oderwana od ciała. Zanurzona w przemyśleniach. Nie potrafię pracować, skupić się na obowiązkach. Mam zgagę od 1,5 tygodnia. Mam rozdrapaną twarz. To nerwy, stres... Nie wiem czym dokładnie tak bardzo się stresuję, ale robię to bardzo namiętnie. Nie umiem wywietrzyć głowy. Nie pomaga alkohol, muzyka, filmy, jedzenie. 
Przytyłam i nie mogę zrzucić mimo ogromnej dbałości o to co jem i ile jem. Mam ataki kamicy nerkowej. I zszargane mięśnie nogi. Czeka mnie badanie serca w tym tygodniu. 

Mama się wyprowadziła z domu. W środę. Do tej pory jej nie ma. Nie czuję nic w związku z tą sytuacją. 

Pomyślałam dzisiaj - filozofka: mówimy sobie kocham by później wycinać swoje twarze ze wspólnych zdjęć.




12.01.2017, 12:13 | filozofie
Dziecko

Śniło mi się ze jestem w ciąży i bardzo się tym faktem jaram. 
Przez cały sen glaskalam się po brzuchu czując rosnąca fasolkę,  jej pupcie i szturchanie mnie piętami. Rodzina się bardzo cieszyła i mnie wspierała. 





16.12.2016, 20:55 | filozofie
pojęcie rodziny jest wypaczane

Czy tylko ja, na całej planecie, tylko ja uważam, że Boże Narodzenie to wyłącznie RODZINNE święta i zapraszanie na kolację wigilijną dziewczyny/chłopaka z którą/ym nie jest się nawet zaręczonym, z którym jest się 3 miesiące, pół roku czy nawet 2 lata to PATOLOGIA? Na drugi dzień, jasne, można zaprosić... ale na Wigilię?! NIGDY. Nie róbcie tego swoim rodzinom!



21.08.2016, 23:15 | filozofie
piach w oczy

Mój brat pewnego dnia, kilka mies temu wspomniał, że ma dla mnie kogoś i że "mój typ" bo misiu taki. Pytam jakie ma wykształcenie bo przecież to tak naprawdę główne wymaganie, co mi z wyglądu jak będzie tłukiem? Nie wiedział. 
Umówiłam się z dziewczyną brata i siostrą na drinkowanie w ubiegłym tygodniu. Dołączył brat mówiąc, że będzie owy koleś "dla mnie". Poprosiłam żeby mi go wskazał w lokalu co też zrobił. Ciacho zajebiste, nie powiem. Naprawdę w pełni obiektywnie przystojny. Ok 30tki. Zerknął w naszą stronę kilka razy. Nasze spojrzenia skrzyżowały się ze dwa razy. Siedzieliśmy na trasie do toalety. Przystojniaczek wychodząc z niej spojrzał wprost na mnie, w moje oczy. Patrzę kątem oka, a brat mi się przygląda "no co?!", "nic, po prostu sprawdzam jak zareagujesz... spojrzał na Ciebie... nie pierwszy raz". Wzruszyłam ramionami. Nie podszedł, nie przedstawił się... Tłumaczę sobie, że te spojrzenia to przypadek bo gdy nam się ktoś przygląda to czujemy to spojrzenie i też się oglądamy. Żadna tam chemia. Wypieram to, ale wpadł mi w oko i ciągle myślę o nim od tamtego wieczoru. Zdaje mi się, że widziałam go parę razy wcześniej, podczas poprzednich wizyt w tym lokalu. Kurwa, jestem tak tania, że kupiłam nową bluzkę bo planuje w tym tyg pojawić się ponownie. Chcę go poznać. Chcę by on chciał mnie poznać. 

Kilka dni temu, może tydzień, poznałam w necie anonimowo pewnego gościa. Piszemy non stop ze sobą, od 10 do 1 w nocy. dzień w dzień. Tematy różne, głównie seksualne... Czy ja wychodzę na erotomana? Nie jest tak. Możemy gadać wiele godzin o pierdołach, o poważnych tematach itd. Nie wymieniam się fotkami z ludźmi z netu, podaje fałszywe imię... Jestem znowu anonimowa, za czym tęskniłam. Bardzo mnie ta znajomość intrygowała, nasze myśli się krzyżowały, a wiadomości latają jak szalone. Latały. Dziś powiedział, że jest niepełnosprawny. Przewaliłam internet i go znalazłam na fejsie. Już to, że jest chory mnie dosłownie poraziło, a to co zobaczyłam to mnie wręcz odrzuciło. Nie tak się umawialiśmy. Nie tak to miało być. Po moich policzkach potoczyły się łzy. Rozczarowanie, zdziwienie, poczucie oszukania... Niezrozumiałe. Nie mówił, że jest zdrowy. Podał prawdziwe imię. A ja kłamię z imieniem, do choroby się nie przyznałam. I właśnie zrozumiałam, że w tej chorej akcji najbardziej boli mnie nie jego kalectwo tylko moja hipokryzja.

Uderzyło mnie to, jak mogą się czuć, i z pewnością czują, mężczyźni których poznawałam i informowałam o moim kalectwie. Podczas gdy wszystko się układało. Strzał z piąchy między oczy. Dalsza myśl jest jeszcze bardziej okrutna. Jeżeli ja, chora osoba zmagająca się z niepełnosprawnością ruchową zbliżoną do jego niepełnosprawności poczułam takie obrzydzenie, odrzucenie i totalny brak zainteresowania to jak reagują zdrowi mężczyźni na moje wybrakowanie? Matko! A ostatnią w kolejności myślą był powrót poczucia się jak gówno, nic nie warte gówno. Jak mogę świadomie, z pełną wiedzą o tym jak wiele rzeczy nie mogę robić w życiu, poszukiwać cienia nadziei na ułożenie sobie życia z kimkolwiek? Jakim prawem oczekuję, iż ktoś wyrzeknie się wygody, luksusów i możliwości dla mnie? Książę jasno mi powiedział "masz wiele racji". Mam. Nie powinnam w ogóle brać możliwości małżeństwa pod uwagę. Nie powinnam chodzić do tego brau i wyglądać za Panem Przystojnym. 

NIE, KURWA, ŚMIECIU NIE POWINNAŚ.