02.08.2012, 23:00 | Bez kategorii
wieczorne rozkminy

Od długiego czasu siedzę nad pustą stroną i nie
wiem co napisać. Jest tak wiele do opowiedzenia. Tak dużo myśli przelatuje
gdzieś w środku, we mnie. Tak często zastanawiam się co jest ważne by to
odnotować, co mniej. Zastanawiam się też nad tym czy prowadząc bloga nie
wydajemy na siebie wyroku. Zawsze kojarzył mi się z ludźmi smutnymi, którzy nie
mają przyjaciół dlatego zwierzają się na blogu. To w sumie przykre bo
prawdziwe. Tak bardzo prawdziwe jeżeli chodzi o mój przykład. 



Myślałam ostatnio o ludziach, którzy byli dobrzy dla mnie, a ja to
zaprzepaściłam. O nauczycielce ze szkoły podstawowej, która sprawiła że miałam
namiastkę dzieciństwa i tolerancji wśród kolegów w klasie. Na korytarzu to inna
sprawa. W klasie nie śmiał się ze mnie nikt. Myślałam o ludziach z liceum,
którzy przynosili mi notatki do domu w trakcie moich nieobecności. Wspominałam
swoją studencką paczkę kolegów, z którymi wychodziłam każdego dnia na piwo, a
wśród których czułam się kimś ważnym. Traktowali mnie jak księżniczkę. Faceci z
odrobiną empatii. Nie do uwierzenia. I był wśród nich pewien chłopak, który
bardzo mi pomógł, a później zawiódł. Z Jego powodu nadal żyję. Przez Niego
nadal żyję brzmi odpowiednio do sytuacji. Właśnie z Nim jako jedynym mam
kontakt do dziś mimo, że mijają już 3lata od ostatniego spotkania. Było jeszcze
kilka osób po drodze, których już nie pamiętam za dobrze. I są Ci obecni, na
których mogę liczyć mniej czy bardziej. Kilka osób. Moja siostra i była
przyjaciółka, która była długi czas przy mnie, aż do końca 2009r. Niektórzy z
nich zawiedli oczekiwania, zrobili coś co sprawiło, że wspomnienia o nich bolą.
Ale niezaprzeczalnie byli i są nadal dla mnie kimś wyjątkowym. Dobrym
wspomnieniem. Iskierką słońca w pochmurne dni.




Narzekam na siostrę bardzo często, może za często.
Ona nie jest kimś złym. Zdecydowanie nie jest moim wrogiem. Wiem, że nie jestem
wystarczająco dobra, wystarczająco fajna dla mojego rodzeństwa. Wiem, że
starsza siostra to powinien być Ktoś. Taki wzór do naśladowania. Taka oaza
spokoju, mediator w konfliktach z rodzicami, sponsor i organizator wspomnień.
Nie daję za dobrego przykładu. Dużo przeklinam. Złoszczę się o byle drobiazg,
potrafię wpaść w furię za nic. Nie pracuję, nie zarabiam więc nie daję im
prezentów, nie pożyczam pieniędzy. Nie mam prawa jazdy więc nie wożę i nie
odbieram z imprez, nie zabieram na imprezy, nie pomagam w zbieraniu wspomnień.
I nie jestem ich przyjaciółką. Jestem wrzodem na dupie. To oni byli zmuszeni do
zrobienia prawa jazdy żeby to mnie wozić. To siostra mając 18lat zmuszona była
iść do pracy by odciążyć rodziców, by nazbierać na studia. To właśnie ona znosi
moje marudzenie, kaprysy, moralizatorske gadki, frustracje i wszystko inne. Ona
musi mi usługiwać, zamiast ja jej. Jestem najgorszą siostrą świata. Serio.
Właśnie dlatego jest mi przykro, że nawet w takich małych społecznych rolach
jestem taka… bezwartościowa. Jestem okropną córką i jeszcze gorszą siostrą. 


Zastanawiam się jakim ciężarem jestem dla rodzeństwa. Jak muszą się czuć
odpowiadając na pytania swoich znajomych czemu jestem taka dziwna, czemu i na
co jestem chora. Dla mnie te pytania są nieznośne, ale jak bardzo muszą być
niezręczne dla nich. Jak bardzo muszą mnie bronić przed docinkami. Zdarza się,
że nikomu nic nie mówią, a wtedy są niesympatyczne sytuacje. Mało komfortowe
dla mnie i dla nich też. Gdy jestem bez skarpetek i kolega brata napastliwie
patrzy na dwie różniące się od siebie stopy. Gdy jestem w 7/8 spodenkach od
piżamki i wpadają po siostrę koleżanki i nagle okazuje się, że mam jakieś
braki. Musi im być ciężko przyznać się, że mają w domu takiego darmozjada jak
ja, niepełnosprawną siostrę. Nie jest mi z tą świadomością dobrze. Naprawdę nie
jest. 







05.08.2012, 19:30 | miłość
odliczanie

Dzisiaj
5. Nienawidzę piątego dnia każdego miesiąca. Bo mnie boli. Bo dociera, że
kolejnych już nie będzie. A dzisiaj mija 5lat i 9miesięcy od pierwszego
spotkania z Jedynym. Właśnie tyle bylibyśmy razem gdybyśmy byli razem. 

Musiałam to z siebie wyrzucić. Gdzieś w przestrzeń.

Liczę choć nie chcę. 







12.08.2012, 15:30 | przyjaźń
Przyjacielski MIT

Siedzę w
domu po kolejnym długim, samotnym weekendzie. Nie chce mi się dosłownie nic.
Miał odwiedzić mnie TKINCZ ale zawiódł. Kolejny raz. Właśnie teraz, kiedy tak
Go potrzebowałam by zaleczył chore rozdrapane rany.



Szczerze? Nie wierzę w przyjaźń. Żaden jej rodzaj nie występuje w przyrodzie.
Dawno temu było inaczej. Kiedyś doświadczałam tego uczucia. 



Miałam krąg przyjaciółek, później została jedna. Moje podejście do przyjaźni
zmieniło się po tamtej pamiętnej akcji z gimnazjum. W liceum już zauważyłam, że
owszem, trzymam się z pewnymi dziewczynami, piszmy smsy, gadamy na gg,
wymieniamy się poglądami… ale to nie to. Gdy poznałam Jedynego nie pochwaliłam
się tym żadnej z nich. A później przepadłam w miłosnym uniesieniu, które trwało
do końca liceum. Problemami sercowymi też się z nimi nie dzieliłam. Coś tam
napomknęłam ale w zasadzie do zwierzeń temu daleko. 

Później nadeszły studia. Wychodziłam na piwo z chłopakami i jedną koleżanką
niemal każdego dnia. Chemię opanowaliśmy do perfekcji. Byłam wtedy bardzo
szczęśliwa. Miałam dwóch takich lepszych kumpli i jednego średnio-bliskiego
który preferował gadki na komunikatorze niż w rzeczywistości. A później był
szpital i zweryfikował te znajomości. Nie został nikt. Dopiero po powrocie na
drugi rok okazało się, że pamiętali o mnie. Jeden z nich zaopiekował się mną i
wiedział o mnie bardzo bardzo dużo. Można powiedzieć, że okazał się być
przyjacielem. Do czasu. Zawiódł tuż przed moją rezygnacja ze studiów. Dużo
czasu upłynęło gdy dojrzeliśmy do rozmowy. W sumie to chyba ponad rok. Mamy
dobry kontakt do dzisiaj ale przyjaźń to zbyt wielkie słowo na faktyczny stan
tej relacji. 

Z dziewczynami? Średnio. Mam pewną kuzynkę (inną niż wspominana już tutaj) i
przyjaźniłyśmy się w sumie całe życie. Czekałam na studia bo miałyśmy razem
mieszkać. Nadszedł ten wyczekany moment, a wraz z nim problemy. Okazało się, że
spędzałyśmy ze sobą niedostatecznie dużo czasu wcześniej a porwałyśmy się na
głęboką wodę. Wspólne mieszkanie nam nie wyszło. Wyniosłam się nie tylko z
mieszkania ale i z życia owej kuzynki. Nie mamy kontaktu do dzisiaj, a to już
3lata prawie.

Pojawiłam się na tych obecnych studiach z przekonaniem, że przyjaźń nie
istnieje. Starałam się trzymać na dystans i myślę, że wyszło. Ludzie mnie nie
lubią poniekąd dlatego, że się nie angażuję w relacje z nimi. Nie wychodzę na
piwo, nie przychodzę na „opijanie egzaminu”, nie pożyczam zeszytów z notatkami.
Tym wyróżniam osoby, które mi pomogły. Jest jedna dziewczyna, do której wiem że
mogę napisać z problemem i Ona to zrozumie. Tylko że ja nie piszę. Nie chcę.
Nie chcę przekroczyć cienkiej granicy w której zacznie się przyjaźń. I jest
TKINCZ, którego mogłabym nazwać przyjacielem i w sumie określam tą relacje w
taki właśnie sposób gdy ktoś pyta czy kręcimy ze sobą. Nie, my się tylko
przyjaźnimy. Ale On nie jest moim przyjacielem. Obrabia mi dupę za plecami,
naśmiewa się ze mnie przy ludziach, nie pomaga gdy Go o to proszę, bez
proszenia nawet nie zdaje sobie sprawy że pasuje pomóc. Ja skanuję mu notatki
siedząc po nocach i przepisując zeszyty żeby miał ładnie. Ja ratuje sytuację
gdy mamy „pracę w grupie”. Hmn. Naiwnie daję się wykorzystywać w zasadzie bez
powodu. Może małym powodem jest to, że mnie zna, wie o mnie wiele i akceptuje
mnie taką jaką jestem. Tylko tyle i aż tyle. 



Przyjaźń… tak bardzo zazdroszczę ludziom, że mają paczkę znajomych z którymi
mogą wyjść na spacer, na piwo, wyjechać na wakacje. Zazdroszczę możliwości
wygadania się komuś i usłyszenia rady. Ja nie mam takich ludzi, nawet pixelowych.
Może mogłaby mieć tych ostatnich, ale temu też nie pozwalam się „urodzić”. Bo
wiem, że zawiodę i kiedyś bez słowa odejdę i pozostanie niesympatyczny posmak
gorzkiego zakłamania. Nie chcę tak. Sprzeczności. Chcę i potrzebuję rozmowy,
szczerego komentarza i przytulenia ale z drugiej strony chowam się i nie daję
możliwości wykazania się drugiej osobie. Jak to zmienić? Czy w ogóle warto
cokolwiek zmieniac? 







16.08.2012, 18:00 | przyjaźń
niszczycielska moc słów

Jak
zmieniło się moje życie od wakacji 2004r.? 



Straciłam absolutnie wszystkich przyjaciół, wszystkich znajomych, kontakty z
rodziną zostały nadszarpnięte. 

Rok później, idąc do liceum łudziłam się, że to się zmieni. Nie zmieniło się
nic. Nie potrafiłam się zaprzyjaźnić. Ze znajomymi ze szkoły wyszłam tylko
2razy. W pierwszej klasie na Mikołajki poszłyśmy z kilkoma koleżankami do
jednego z barów w mieście na cole z lodem. Oraz po ustnej maturze z polskiego
na piwo z 7 osobami, które zdecydowały się wtedy „opijać sukces”. Były ogniska,
wypady do kina, grille, popijawki, piwka i inne tego typu okazje. Nie
chodziłam. 

Studia = czas imprez. Nic bardziej mylnego. Przez pierwszy rok studiów, który
trwał u mnie 1miesiąc, byłam na jednym piwie (nigdy nie piję więcej, chyba że
serio jakaś wielka okazja to szarpnę się na dwa – szaleństwo!) z kolegami
niemal codziennie. Nie ukrywam. Po prostu bardzo ich lubiłam, myślę że oni mnie
również, inaczej by mi tego piwa nie stawiali. Szybko się to jednak skończyło
wraz z moimi zdrowotnymi kłopotami pod koniec października. Za drugim razem
pociągnęłam aż 4miesiące na uczelni, poddałam się tuż prze sesją. Przystąpiłam
tylko do dwóch egzaminów (dwie piątki!) i jednego zaliczenia (4.5!), a później
dałam sobie spokój. Jak było w kwestiach towarzyskich? Jedno piwo w moim
ulubionym lokalu w 5osób z poprzedniego roku, oraz jedno wyjście na dwa piwa z
kolega, z którym utrzymuję kontakt po dziś dzień o czym już dwukrotnie
wspominałam. Niesamowite. 

Na obecnych studiach nie byłam na piwie ani razu. Jedyną osobą z jaką piłam
jest oczywiście TKINCZ, który mnie czasami odwiedzał, raz na herbatkę a raz na
piwo. No i oczywiście spędzaliśmy razem te 2 ostatnie sylwestry więc piliśmy
wtedy wódkę + szampana, bo jakże by nie. Bez szału. 

Co z piwkami i imprezami z ludźmi spoza uczelni/szkoły? Na żadnych takich
spędach nie byłam od tamtej pory. Na żadnej 18tce, swojej też nie robiłam. Na
żadnym grilu, na żadnym pochlaj party. Nie mam znajomych spoza uczelni. Nie mam
żadnych znajomych. 



Dlaczego tak jest? 

Początkowo bałam się iść do ludzi bo słyszałam te obraźliwe słowa gdzieś z tyłu
głowy. Szumiały mi słowa o dawaniu dupy w dyskotece, o obciąganiu facetom w
kiblu w klubach. Pod moim adresem. Słyszałam to bardzo głośno i wyraźnie.
Przestałam wychodzić z domu. Unikałam świata i ludzi, żeby przypadkiem nikt z
tamtej ekipy „byłego” mnie nie spotkał w jakimś barze czy choćby kawiarni.
Dopiero mając Jedynego zaczęłam wychodzić z domu olewając tamte szepty wewnątrz
mojej głowy. Często też zamiast włóczyć się po moim mieście jeździliśmy do tych
oddalonych kawałek mniejszy bądź większy. Mogłam tam swobodnie oddychać, bez
strachu że o tu, zaraz, za chwilę, za rogiem natkniemy się na „byłego” i jego
bandę. Ale Jedyny też w końcu zniknął z mojego życia, a ja na nowo zaczęłam się
zamykać w domu. 

Był też inny powód zaprzestania łażenia po knajpach. Nigdy w życiu nie byłam na
żadnej dyskotece poza szkolnymi choinkami w podstawówce. Zdarzało się jednak
wyjść na grilla czy ognisko. Miałam 13-14lat gdy moje koleżanki (w tym kuzynka
z akcji smsowej i „pudła do ruchania”) zaczęły wychodzić do dyskoteki
przeznaczonej niby to dla osób 18+. Nie trudno się domyślić, że jak wypięły
dupsko, pokazały cycki i walnęły ostry makijaż to bez problemu tam wchodziły.
Czasem wystarczał tylko makijaż i ładny uśmiech i w sumie na dowód niewiele
osób zwracało uwagę. Gdy słuchałam ich opowieści o tych miejscach, gdy mówiły
ile to wypiły, jak rzygały po krzakach czy ktoś im przytrzymywał włosy nad
kiblem w toalecie dyskotekowej… postanowiłam sobie, że NIGDY nie będę taka jak
one. Nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy! To zabawne, że jestem temu
postanowieniu wierna przez ten cały czas, do dnia dzisiejszego, a spotkało mnie
tak wiele przykrości z racji głupich plotek i kłamstw na temat mojej obecności
w tamtych miejscach. Kuzynka była przestrogą dla mnie, jak się nie stoczyć. Kiedy
powiedzieć stop. Dlatego ja nigdy nie byłam pijana, podpita czy w stanie mocno
wskazującym na spożycie. Wiem, że zawsze się będę tego trzymała bo jestem
bardzo lojalna wobec siebie samej. 



A dziś to już całkiem inna historia. Nie wychodzę ze względu na stan zdrowia. 

Chociaż czasami bywają dni, takie jak dzisiejszy, że zrobiłabym wszystko by
wstać, wyjść na piwo i świetnie się bawić nie oglądając się na plotki z czasów
niemal prehistorycznych, na ludzi którzy dla mnie są na końcu łańcucha
pokarmowego. Po prostu czasami mam ochotę zacząć żyć. Jak wszyscy.