13.07.2012, 20:30 | ja/moje
długo, nudno i o niczym

Co jest ważne w związku? Czyż nie akceptacja
partnera? To, że my akceptujemy z Jego wadami i zaletami, tak jak i On akceptuje
nas w całej rozciągłości? Po czym poznać przeznaczonego nam partnera? 

Zaczęłam się nad tym zastanawiać i doszłam do smutnego wniosku. Chyba spotkałam
mężczyzne przeznaczonego. Poznałam Go i mialam na wyciagniecie dloni. Ale Go
odtrąciłam. Wiem, że był mną absolutnie oczarowany. Lubił te cechy, które
większość wpisuje na liste najgorszych wad nie do przezycia. Był otwarty i
szczery Tolerował moje ułomności. Czynił z nich wyjątkową zaletę. Pozwoliłam Mu
odejść bo czułam coś do Jedynego i nie chciałam dać się pokochać by ktoś nie
czuł się tak jak ja. Jak ten drugi. Gorszy. Zapasowy. Nie był zły. Nie miał wad
nie do zaakceptowania. Dziś jest zajęty i nie do odzyskania. Czy żałuję wyboru?
Owszem. Im dalej w życie tym bardziej. Jedyny chociaż wytrzymał przy mnie ponad
5lat nigdy nie traktował mnie tak jak tamten chłopak. Nigdy nie uczynił mnie
kimś wyjątkowym. Nigdy nie patrzył na mnie w taki sposób. Nawet na początku gdy
był między nami dobrze. Czemu wolałam być przy kimś kto sprawiał, że czuję się
gorsza od każdej, dosłownie każdej dziewczyny mijanej na ulicy…? Wydawało mi
się, że tylko Jedyny był w stanie przejść do porządku dziennego nad moją
sytuacją zdrowotną. Nie chciałam wierzyć, że ktoś inny mógłby mi dać szansę.
Nie zauważałam Tamtego chłopaka i Jego podejścia. Skreśliłam z góry coś, co
mogło być piekne i trwałe. 



Brakuje mi kogoś, z kim wyskoczyłabym na zakupy, do kina, na spacer. Chociaż
połowa z tych rzeczy jest zawsze ciezka do zrealizowania bo powoli konczy mi
się zdrowie to jednak jest ogromna tęsknota za „zwyczajnością”. Chciałabym mieć
przyjaciółkę, przyjaciela z którą/ym mogłabym pogadać o wszystkim nie bojąc się
reakcji, przykrego komentarza. Chciałabym móc na kogoś liczyć. Od wielu lat nie
mam takiej osoby i zostałam ze wszystkim sama. Mam blog ale nie zawsze mam
ochotę wylewać swoje wszystkie żale tam, gdzie może to przeczytać każdy.
Przeczyta i przejdzie dalej. To tylko jedna z wielu nic nieznaczących notek na
jakimś portalu blogowym. A ja chciałabym czasu poświeconego na wysłuchanie mnie,
chciałabym rady, chciałabym ciepłego przytulenia gdy zajdzie taka potrzeba.
Chciałabym mieć do kogo napisać w wolnej chwili i komu się wypłakać na
ramieniu. Chciałabym by ten ktoś również wiedział, że może na mnie liczyć.
Tęsknie za byciem ważną dla kogoś, chociaż w minimalnym stopniu ważna. 

Ostatnio po 3latach braku kontaktu odezwała się moja była przyjaciółka. Chciała
żebym przyszła na spotkanie ws biznesu. Wiecie, są takie „organizacje” które
pomagaja zarabiac za nagabywanie ludzi na takie spotkania. Jak sekta, za
przyłaczanie jakiejs tam ilości ludzi dostajesz awans społeczny. Na tym to
polega. Nie odzywała się blisko 3lata by później na mnie zarobić. Przykre. Nie
poszlam na 3 spotkania, na które mnie zaprosiła. Nie dam zarobić na swojej
osobie. Przepraszam. Gdy ja poprosiłam żeby dala znac czy mogę oddac jej w
danym dniu pewne rzeczy, które mialam u siebie (raptem 2minuty bym jej zajęła)
ta milczała. Ja chociaż odpisałam, że niestety ale nie dam rady na owe
spotkania przyjść. Ona mnie perfidnie olała. Taka była nasza przyjaźń. Gdy jej
się psuł w związku zawsze byłam dostepna. Korzystała do oporu. Kiedy ja
pokłóciłam się z Jedyym mogłam co najwyżej popłakac w poduszke bo „ona wlasnie
na rower z kolezanka pojechała”. No i tak długie lata. Aż w czasie wspolnego
mieszkania na studiach w końcu miarka się przebrała i wyprowadziłam się od
niej. Hmn. Od tamtej pory zero kontaktu mimo, że w rodzinnej miejscowości
jesteśmy sasiadkami. Nie widziałyśmy się, nie mijałyśmy. Przykre. Ale mimo
wszystko kiedyś była. W minimalnym stopniu ale była i czasami miałam z kim
pogadać. Nawet jeżeli były to duperele. 



W kwestiach uczuciowych wykluł się wniosek skrywany od długich miesięcy. Chyba
w sumie jestem trochę zkochana w TKINCZu. Mam w oczach piękne iskierki
szczęścia na Jego widok. Serce bije mi jak oszalałe, a ręce drżą. Cały czas
myślę o Nim, mówię, wspominam Jego teksty i żarty. Nie chcę nic czuć, nie chcę
tego uczucia i bronię się przed nim bo wiem, że nigdy nie będzie mi dane nawet
Go zakosztować. Nigdy nie będziemy razem, nie będziemy bliżej niż teraz.
Wariuje od kilku tygodni z Jego braku. Pokłóciliśmy się w połowie czerwca i od
tamtej pory nie rozmawiamy. Widzieliśmy się raz, 1lipca. Bardzo mi Go brakuje
ale wiem, że ta przerwa zaleczy trochę to uczucie. Próbuję je w sobie zabić i
rozmyślać o Nim tylko w złym charakterze ale ciężko to zrobić bo dla mnie
praktycznie nie ma wad. Nie chcę cierpieć więc się wycofuję. Nie przyznam się
nigdy bo to by mnie zabiło.



Tęsknie za Jedynym. Za Jego ramionami, które mnie przytulały, za szeptem wprost
do ucha, za Jego piegami, za wspólnym opalaniem. Cierpienie jest ogromne.
Przyzwyczajenia jednak trzeba zwalczać. Im dłużej by to trwało tym gorzej. Nie
kochałam Go od wielu miesięcy, może nawet lat. Nie wiem kiedy dokładnie się to
skończylo ale uświadomiłam to sobie całkiem niedawno. Popełniłam wiele błedów,
których teraz się wstydze i zaluje. On również je popełniał i mam nadzieję, że
tez jest mu wstyd. Za poźno by o coś walczyć, za późno by cokolwiek ratować.
Czas było odejść i odeszłam. Znowu ja. To ja zawsze zrywałam, ja odchodziłam. I
ja później chciałam wrócić. Nie tym razem. Teraz naprawdę się coś wypaliło,
umarło. Uczucie umarło.



Czuję się bezwartościowa. Jak kupa gówna. Nie wiem gdzie i kiedy podziałam
pewność siebie czasami zakrawającą o arogancję. Nie wiem gdzie podziałam chęć
zmian i pracy nad sobą. Kiedyś nie byłam w stanie wyobrazić sobie takiego życia
jakie mam teraz. Bez spacerów, bez spotkań z ludzmi. Nie wyobrażałam sobie
siebie grubej. Byłam zawsze szczupła, piekna i wysoka. Idealnie idealna. Trochę
zadziorna ale i słodka. Dzisiaj jestem prosiakiem. Wielkim i tłustym
prosiakiem, który nie ma ochoty robić nic ze swoim ciałem i życiem. Nie do
uwierzenia. Kiedyś byłam inna. Szkoda, że czas i doświadczenia potrafią tak negatywnie
wpływac na człowieka. Kiedyś czułam się fajna i warta uwagi. Dzisiaj mam ochotę
schowac się za wlasnym cieniem. Nie pamiętam bym kiedyś narzekała na coś tak
konkretniej. Chyba rzadko się skarżyłam na coś. Dziś robie to nieustannie. Cały
czas gadam o tym jakie Zycie jest do dupy, jaka ja jestem do dupy i ludzie obok
tez są do dupy. Nie potrafie przerwac monologu oskarżeń pod adresem losu, że
tak mnie pokarał. Niby gdzieś w tyle głowy mam myśl, że czas się pozbierać, że
dość już pastwienia się nad samą sobą i czas się ogarnąć. Czasami są chwile gdy
mam już tak strasznie dość i obiecuje sobie zmiane. Gigantyczną zmianę. A
później przychodzi nowy dzień i znowu zaczynam od narzekania. Jak coś zmienić?
Nie wiem. Brakuje mi wiary we własne możliwości. 



Najłatwiej jest umrzeć o czym marzę nie od dziś. Pamiętam, że po którejś
operacji obudziłam się już na bloku operacyjnym (co się nie zdarza u mnie, bo
przewaznie przesypiam dobe po takiej dawce leków). Otwieram oczy a na łóżeczku
obok, takim wysokim, takim dla dzieci, takiej kołysce siedzi prześliczny
aniołek. W białej sukience i loczkach na głowie. Pomyślałam, że umarłam i
obudziłam się w niebie. „Boli Cie? Nie płacz.. bardzo Cie boli?” zapytało mnie
dziecko. Bolało aż wyłam z bólu ale skrzywiona powiedziałam, że nie tak bardzo.
Przyglądało mi się jeszcze chwile i po chwili przyszła Pani w białym kitlu i
zawiozła Małego Aniołka gdzieś za moją głową. Leżałam tam przez chwilę i
uświadomiłam sobie sytuację. Nie umarłam. Żyłam. To była mała pacjentka z
innego oddziału. Gdy zaczęłam płakać nie mogłam przestac przez kilka godzin.
Ale kryzys miał nastąpić dopiero dnia nastopnego gdy z trudem podniosłam kubek
z wodą. Tak bardzo nienawidziłam losu, za to że mnie ocalił. Za to, że musiałam
żyć. Wtedy właśnie pierwszy raz po wielu latach naszły mnie samobójcze mysli.
7pietro w szpitalu i cheć wyskoczenia przez okno. Chyba kiedys ktos próbował bo
wszystkie klamki były pozabierane. Dostałam szanse od życia. Kolejną. Inny
człowiek by się cieszył, że będzie miał szanse spełnić swoje marzenia. Ja
przezylam swoista traume. Nie mogłam się pogodzić z tym, że nie odeszłam a
miałam taka okazje. Po prostu się nie wybudzasz po operacji. Cos prostego… taka
łatwa śmierć. Zasypiasz upojona morfiną i już Cie nie ma. Nie istniejesz. Mimo,
że mijaja 4 lata od tego dnia to nadal mam w sobie ogromny żal, że się nie
udało. Może tak bardzo chce tej kolejnej operacji bo wiem, ze to daje kolejna
szanse. Kazda operacja, nawet drobny zabieg może bowiem zakończyć się śmiercią.
Za każdym razem podpisujesz umowę, że jesteś świadoma ryzyka i powikłań i gdyby
takowe wystąpiły ani Ty, ani Twoi bliscy nie beda pociągać do odpowiedzialności
szpitala ani lekarza. Podpisujesz i modlisz się o przetrwanie. Gdy ja
podpisywałam tamten dokument już jako 19latka, wiec samodzielnie… gdy ja to
podpisywałam myślałam tylko o tym, jaka jest to dla mnie szansa by zniknąć.



Dlaczego tak bardzo tego chce? 

Widzę to jak moja rodzina cierpi z mojego powodu. Widze jak rodzice kazde
pieniadze przeznaczaja na moje leczenie, jak zaczyna brakowac kasy bo potrzebne
są znowu „leki” dla mnie. Wyjazdy po lekarzach, konsultacje ze specjalistami,
ciagle leczenie. Widze jak uciążliwe jest wożenie mnie na uczelnie, odbieranie.
Widze jak ich to meczy psychicznie, fizycznie i finansowo. Widze jak cierpia
gdy ja cierpie. Widzę jak z przerazona mina obserwuja zmiany w moim ciele,
które wysyłają komunikat „jest zle”. Widze jak rani ich moje narzekanie chociaz
staram się przy nich tego nie robic. Wiem jak wiele ich to kosztuje by pchlic
mi chociaz cząstkę nieba by Zycie było może troche bardziej znośne. Widze ile
na mnie wydaja by zabic mój wolny czas, zabic frustracje wynikajaca z ciągłego
przebywania w domu. Kupuja mi zawsze to co chce. W sumie bez zbędnego
narzekania. Laptop z najwyższej polki, Internet mobilny (bo uwaga, a noz
widelec pojade na Sri Dupankę), telefon za 1.5tysiaca i lustrzanka za 3patole.
Co z tego? Mam to wszystko. Mam nawet w teorii samochod dla siebie bo caly czas
mnie gdzies zwoza. Jest do mojej dyspozycji. Co z tego skoro nie mam prawa jady
ani szans na jego zrobienie? Co mi z laptopa jak nie mam czym się na Facebooku
pochwalic bo siedze w 4ch ścianach od wielu wielu lat? Co mi z telefonu skoro
milczy całymi tygodniami? Co mi po tym wszystkim jak nie mam zdrowia i nie mogę
niczego zmienic? Tyle pieknych rzeczy mogliby doświadczyć gdyby nie ja. Jakies
wakacje na których nigdy nie byli bo co ze mna? Jakies limuzyny na które
niewątpliwie byloby ich stac, nowy dom bo ten ich denerwuje, działke żeby mieli
na starosc co robic z wnukami. Wspaniale i zadbane dzieci bo swoja uwage
skupialiby na moim rodzeństwie po rowno, a nie tak jak teraz tylko na mnie.
Mogliby zyc pełnia zycia, korzystac z tego co daje im swiat. Mogliby po prostu
być szczesliwi. 




Czuję się problemem dla wszystkich. Dla rodziny,
dla znajomych, dla wirtualnych ludzi. Czuje się ciezarem dla samej siebie. Nie
akceptuje tej sytuacji w jakiej się znalazłam. Nie chce zyc tak jak teraz. Nie
chce wegetowac. Chciałam zawsze być Kimś waznym i cenionym za osiągnięcia
naukowe czy artystyczne. Zawsze chciałam być szanowana w elitarnych kręgach.
Chciałam czuc się wazna. 

Dzisiaj wolalabym nie zyc i nie czuc się wcale. 





19.07.2012, 21:30 | filozofie
być Kimś, choćby przez chwilę

Gdy
zamykam oczy i myślę o sobie, swoim istnieniu… Czasami zastanawiam się, co
będzie po tym. Czasami wydaje mi się, że jestem tutaj przechodniem. Wtapiam się
w to ciało by nauczyć się żyć, doceniać chwile ważne i ważniejsze. Czasami
czuję jak ulatuję, opuszczam ciało i udaję się w dalszą podróż w nieznane. I
zastanawiam się, co się stanie z tym ciałem gdy opuszczę je na stałe. 

Chciałabym uczyć innych jak żyć. Pokazywać jak wiele przeszłam sama by stać się
kimś. Jak wiele przeszkód pokonałam dzięki wierze w samą siebie w chwilach, gdy
inni zwątpili. Żeby to robić muszę najpierw stać się kimś. Autorytetem dla
jakiejś garstki ludzi. 



Lubicie wspomnienia? Lubicie słuchać historii losów innych? 

Byłam kimś. Przez chwilę. W szpitalu. 5dni po tej operacji z ostatniej notki.
Przyszła do mnie dziewczynka. 14-15lat. Czekała ją amputacja nogi. Wiedziała, że
ja już mam to za sobą od lat i pytała co później. Co ona ma ze sobą zrobić
później. Czy istnieje życie po. Nigdy nie wychodziło mi ściemnianie. Wtedy
byłam w fatalnym psychicznym stanie i nawet nie miałam ochoty na tłumaczenie
komukolwiek jak przerąbane mam życie. Zacisnęłam zęby na własny ból życia i
opowiadałam. Opowiadałam jak dzieci dokuczały mi przez całe dzieciństwo, jak
pewien chłopak zniszczył mi życie opowiadając innym jak wygląda moja chora
noga, której nigdy nie widział ale chciał pokazać kto jest panem. Mówiłam o
tym, jak wiele serdecznych ludzi poznałam po drodze. Jak wyciągali pomocną dłoń
by łatwiej mi się żyło. Jak wiele się zmienia w liceum gdy ludzie są już na
innym etapie rozwoju. O tym, jak wspaniale jest randkować, jak mi się wspaniale
ułożyło, jak mogłam spełniać swoje marzenia o studiach inżynierskich jako
pierwsza kobieta inżynier w całej rodzinie. Opisywałam marzenia jakie udało mi
się zrealizować. Chciałam udowadniać jej każdym zdaniem, że warto żyć. Bo życie
jest piękne i warto wykorzystać wszystkie atuty by je przemienić w bajkę. Ręka,
noga, ucho… to nie są części niezastąpione. Ich brak niczego nie zmienia, może
jedynie nieznacznie ograniczyć. Wybór należy właśnie do niej, jak bardzo da się
ograniczyć chorobie. Poszła na zabieg spokojniejsza, pewna jutra. 



Jaki ja dałam jej przykład? Zmasakrowana, zapuchnięta od płaczu, błagająca o
śmierć. To było tak dawno, a ja nie zastosowałam się do ani jednego z moich
własnych słów. Z bycia kimś w tamtym momencie powróciłam do bycia nikim w szarym
tłumie bylejakości. 



Co będzie gdy mnie zabraknie, a nie uda mi się nikogo niczego nauczyć? Po
prostu zniknę, rozpłynę się. Nie jestem na tyle kimś by za mną płakano, by mnie
wspominano, bym mogła coś po sobie zostawić.

To sprawia, że te myśli są jak wiertło w głowie. Tak bardzo bolą. 







23.07.2012, 09:00 | zdrowie
komplikacje

Wczorajsze
wyniki badań brzmią jak wyrok w zawieszeniu. Niedoczynność tarczycy. 

Stąd te dodatkowe kilogramy, których nie zgubię. Wolałam się łudzić, że jest to
wina mojego lenistwa i braku ruchu. Zawsze była ta iskierka nadziei, że kiedyś
wrócę do dawnej wagi. Dzisiaj nadziei już nie ma. Odebrano mi coś czego odebrać
nie można by człowieka nie załamywać. 

Jestem doprawdy pechowym człowiekiem. Wszystko co najgorsze czepia się właśnie
mnie. Na raka też czekam, bo wiem że za kilka lat będę go miała. Jak wszyscy w
mojej rodzinie zresztą. Żadna nowość. 







23.07.2012, 23:30 | przyjaźń
cyber przemoc

Poruszyłam ostatnio temat pewnego chłopaka, który wspiął się na szczyt
towarzyskiej piramidy moim kosztem. Rzadko do tego wracam nauczona
doświadczeniami z ubiegłych lat, nikt bowiem nie wierzy w to co słyszy. Jak to możliwe
by jedna osoba przeżyła te wszystkie rzeczy? Zapewniam, że przeżyłam te
wymienione i te, które pewnie jeszcze opiszę.



Byłam w 2gimnazjum. Miałam paczkę koleżanek, z 7 nas było w tym ja i moja
kuzynka, z którą przyjaźniłam się od małego, na dobre i na złe. Wszędzie
chodziłyśmy razem, gdy uciekałyśmy z zajęć to wszystkie albo żadna.
Niejednokrotnie włóczyłam się z ową kuzynką po mieście, po parku zamiast
siedzieć na nudnej historii. 



W tym okresie kuzynka się zakochała. Jej wybranek zakradał się do niej jednak
bardzo wolno więc skusiła się na związek z pewnym chłopakiem. Byłyśmy wtedy na
Juwenaliach i jako era gimnazjum piłyśmy piwo, oczywiście. Po 2-3dniach zerwała
z tym chłopakiem w parku gdy urwałyśmy się z lekcji. Gdy poszła później
odreagować z papierosem w ręku, ja zostałam na ławce z owym byłym już w tamtej
chwili chłopakiem kuzynki. Okazało się, że kilka miesięcy wcześniej mnie też
podrywał na gg ale za odwołane spotkanie w świecie rzeczywistym zablokował
mnie. Od słowa do słowa przeprosił za tamto i poprosił jeszcze raz o numer gg
to się zgadamy. Naiwna ja dałam mu numer i jeszcze tego samego dnia byłam u
niego na filmie. Nawet pamiętam tytuł: „Statek miłości”. Poprosił mnie wtedy o
chodzenie, a ja się zgodziłam.

Spotykaliśmy się 2tygodnie. W tym czasie razem gdzieś bywaliśmy, a to grill, a
to urodziny czyjeś i dni leciały. Mieliśmy jeden ‘kryzys’ bo przez te 2tyg cały
czas, co 2-3minuty powtarzał jak mnie bardzo kocha, a ja mimo że byłam naiwną
romantyczką uważałam, że to nie miłość, nie w tak krótkim czasie znajomości i
poprosiłam o zbastowanie bo strasznie mnie to denerwowało. 

Po zakończeniu roku szkolnego poszłyśmy do jednej z koleżanek z paczki do
takiej kanciapki na wódkę. Wypiłam chyba jeden kieliszek, a może i to nie.
Wróciłam do domu i zaczęłam się szykować na spotkanie z chłopakiem. Umówiliśmy
się z moją kumpelą z paczki, że wpadnie do mnie ze swoim chłopakiem to coś
razem porobimy. Siedliśmy na dywanie i rozłożyliśmy karty do ‘flirtu
towarzyskiego’. I nagle, po 15-30 minutach mój chłopak powiedział, a raczej
rozkazał „idź mi zrób kanapki”. W moim własnym domu rozkazał mi. Odpowiedziałam
jak chyba każdy w tej sytuacji „bujaj się”. No i poszedł się bujać. Dosłownie.
Wyszedł z mieszkania. Myśleliśmy, że się wygłupia, że zszedł na dół do łazienki
ale nie. Po prostu wyszedł. I to był koniec wielkiej miłości. 



Pomyślicie, że ale straszne, ale wyolbrzymiam, ale jest czym się przejmować, bo
koleś wyszedł z mieszkania po „bujaj się”. Czytajcie dalej bo to był tylko
wstęp. 



Prowadziłam wtedy bloga. Pierwszego bloga. Pisałam o wszystkim, o Nim również.
Miał do niego adres i pisał mi komentarze pod niemalże każdą notką. Miałam też
w ulubionych blogerkach jego znajomą, u której kiedyś byliśmy na grillu.
Wydawała się być fajna. Po zerwaniu nagle komentarze ucichły, a pod kolejną
moją notką o zakupach posypały się istne gromy. „jaka jesteś żałosna żeby pisać
o różowych trampkach” „jesteś pojebem” „jesteś szmatą” „A. miała rację, jesteś
dziwna”. Wchodzę na bloga A. tej koleżanki z grilla… ja patrzę… a tam cała
długa notka na mój temat. Kompletnie nic nie było prawdziwe. Rozpłakałam się
przed monitorem bo nie rozumiałam jak można tak objeżdżać ludzi za nic. Nie
zrobiłam niczego złego, a pisali tam takie świństwa, że to nieprawdopodobne.
Takie komentarze pojawiały się jeszcze długi czas. Zastraszanie mnie na blogu,
na gg, w życiu. Moje znajome dziwnie się oddaliły wtedy, nie dzwoniły, nie
chciały spędzać ze mną czasu. 



Po kilku tygodniach zaczęłam się spotykać ze znajomym owego chłopaka.
Pokazywałam mu co robi tamten i jego znajomi ale nowy kolega wyparł się i
stwierdził, że nie ma o niczym pojęcia ale że może pogadać. Nie chciałam.
Spotkaliśmy się kilka razy i nagle w telefonie głucho. Odwiedziłam wtedy
kuzynkę, która była w trakcie przeprowadzki. Napisałam z jej telefonu smsa do
tego nowego kolegi, co dalej, czy już nie chce ze mną się spotykać. Nie
odpisał. O tym smsie fakt, nie powiedziałam jej, zrobiłam to za jej plecami.
Później wróciłam do domu, a ona po jakimś czasie na gg napisała, że kolega mi odpisał.
Bałam się przyznać, że faktycznie wysłałam tego smsa, więc skłamałam mówiąc, że
nie jestem pewna czy się wysłał bo pojawiła się wiadomość że smsa nie
dostarczono. Później się przyznałam. 



Po tym smsie wszystko się zmieniło. Do grupy byłego chłopaka dołączyła paczka
moich przyjaciółek. Całe wakacje dostawałam więc wiadomości typu „suko zamknij
ryj” „spróbuj powiedzieć coś rodzicom to popamiętasz” „kaleko wracaj do domu!”.
Milczałam. Płakałam w samotności, cierpiałam z powodu tych słów. Blokowałam ich
na gg ale zakładali coraz to nowsze numery, ja blokowałam, wie zakładali znowu
nowy numer i tej zabawy nie było końca. 



Bałam się nowego roku szkolnego. Czas było jednak sprostać tej sytuacji.
Dotychczasowe koleżanki mnie olały ale na horyzoncie pojawiła się inna.
Trzymałam się z nią, a ona podpytywała o co właściwie chodzi. Sama do końca nie
wiedziałam z co to wszystko. Do tej pory zresztą w tej niewiedzy trwam. Ona
opowiadała mi o tym co mówią ludzie na mój temat. O plotkach o rzekomej ciąży.
O tym jak owy chłopak opowiadał wszystkim jak zdejmował z mojej nogi protezę bo
chciałam z nim uprawiać seks. O tym jak chodziłam do miejskiej dyskoteki żeby
ktoś mnie zmacał. O tym, jak wielu facetów opowiadało, że wsadzało mi do ust
penisa. Żadna z tych plotek nie miała w sobie nawet ziarenka prawdy co bolało
bardzo. Nigdy mnie nie widział nawet bez bluzki, nie wspomnę o braku spodni.
Plotki dotyczące dyskoteki były wręcz żałosne bo nigdy w niej nawet nie byłam o
sytuacjach, które niby miały mieć tam miejsce nie było więc mowy. Opinie jak
dotąd miałam nieposzlakowaną, a wtedy wszystko się zmieniło. Dużo rozmów o tym
było, wiele przepłakałam na jej ramieniu. Doceniałam, że jest przy mnie mimo
tej głupiej sytuacji. Kumplowałyśmy się chyba do końca października i wtedy przyszła
do mnie z prośbą żebym pomalowała jej pasemka. Spoko. Mówiłam, że nie jestem
pewna swoich możliwości i umiejętności bo nigdy nie robiłam pasemek ale ona
machnęła ręką, że jak wyjdzie to wyjdzie a jak nie to pomaluje nazajutrz
całość. Nazajutrz był najgorszy dzień mojego życia. Był język polski. Moja nowa
koleżanka przesiadła się ode mnie do mojej starej paczki. Nie zrozumiałam na
początku o co chodzi. Ale szybko pożałowałam swojej naiwności. Całe 2h
dostawałam karteczki z przeróżnymi wyzwiskami, pamiętam jedną bardzo wyraźnie.
Od mojej kuzynki. Na rzuconą karteczkę „ruchało Cie wiele kutasów na dwa
fronty” odpisałam „pudło”, a ona wysłała karteczkę o treści „sama jesteś pudło,
do ruchania”. Pamiętam to jak dziś. Po tych zajęciach mieliśmy jeszcze kilka
lekcji ale ja zebrałam te wszystkie karteczki, poszłam do Wychowawczyni i
prosiłam o zwolnienie. Miałam pokazać je mamie ale gdy nie potrafiłam
wykrztusić zdania przed Wychowawczynią dlaczego chcę się zwolnić wysypałam jej
na rękę karteczki od koleżanek i kolegów. Przytuliła mnie wtedy mocno i
powiedziała, żebym maszerowała do domu i nie przychodziła następnego dnia do
szkoły. Wróciłam do domu, a tam czekała mnie tyrada rodziców pt dlaczego im nic
nie powiedziałam?! A co? Miałam się przyznać, że jestem taka skończoną idiotką?
Milczałam bo czułam, że koleżanki miały rację. Jestem głupia, tępa i naiwna. 

Do szkoły poszłam po 2dniach przerwy. Podszedł do mnie kolega i podał rękę
mówiąc cześć. Po chwili kolejny. Nawet dziewczyny rzuciły cześć chociaż nie podeszły
się przywitać. Odmiana. Po 2miesiącach żadnego słowa w moją stronę. Stała za
tym Pani Pedagog i Pani Wychowawczyni. Ponoć była niezła siara. Nie wiem co im
powiedziały. Nigdy nie chciałam wiedzieć. Chodziłam do szkolnego psychologa na
polecenie Wychowawczyni. Pani Psycholog kazała skasować bloga bo on niego
wszystko się zaczęło. Chciała, żebym wskazała nazwisko i imię chłopaka, który
do tego doprowadził. Milczałam. Mimo tego wszystkiego nie chciałam tego
zgłaszać. Sprawa zatrzymała się w szkole, bo na policję iść nie chciałam.
Czułabym się tam jak totalny debil. 



Nadeszły święta Bożego Narodzenia. Wigilia odbywała się tamtego roku właśnie u
nas. Nie chciałam zejść na kolacje bo bałam się siąść do stołu z kuzynką. Kiedy
ta przyszła do nas od razu weszła do mojego pokoju, usiadła obok i mnie
przeprosiła. Powiedziała, że źle postąpiła i mnie przeprasza. Wystarczyło. 

Nie na długo. Sprawa powróciła bliżej wiosny kiedy wybierałyśmy liceum, do
którego chcemy się dostać po testach gimnazjalnych. Chłopak, od którego
wszystko się zaczęło zagroził mi, że jeżeli znajdzie mnie na korytarzu w swojej
szkole to sprawi bym liceum zapamiętała na resztę życia. Do najlepszego liceum
w mieście szły wszystkie moje koleżanki z paczki. Zostało mi podrzędne liceum,
do którego szli tylko chłopcy z mojej klasy. Męska szkoła, typowa. Co mi
zostało? Wybrałam tamto liceum. Sprawa powoli ucichła.



Po kilku latach odzywały się stopniowo moje byłe przyjaciółki, czy to na gg czy
nk. Przepraszały mnie za tamte czasy, za słowa, które powiedziały i za wszystko
co sprawiło, że czułam się źle. Problem w tym, że ja się nie czułam źle. Ja się
czułam tragicznie. Próbowałam się zabić przez nie, przez głupiego 17latka,
przez głupie plotki. Zrobiły mi straszną rzecz. Straszną. 

Gdy pomyślę, że zawinił sms warty 20groszy, gdy zawiniła moja duma i niechęć do
zrobienia kanapek. Losie, nigdy w życiu bym nie odwarknęła głupiego ‘bujaj
się’, nigdy bym tego smsa nie wysłała.



Nie chcę by ta opowieść sprowadzała się do obarczania winą za to moje ówczesne
koleżanki i kolegów. Nie chcę być odebrana jako skamlająca ofiara losu. Jestem
świadoma swojej winy, naiwności i tego niewiarygodnego zaufania jakim
obdarzałam wszystkich dookoła. To tylko wspomnienie. Wydarzenia z całego roku,
który odmienił moje życie na zawsze. 



Może ktoś z Was zastanawia się jak to wygląda, a nie jest tylko sucho opisane
może posilić się filmami, które może nie identycznie ale obrazują problem
przemocy, głównie w Internecie:

Cyberbully i Dziewczyńskie porachunki, Przytul mnie i Sala samobójców –
polecam, wstrząsające ale warte obejrzenia, żeby choćby w skrawku zobaczyć co
przeżywałam ja i miliony dzieci, nastolatków na świecie. 

Cyberbully jest jakby o mnie. Utożsamiam się z bohaterka w 99%. A wydawałoby
się, że USA to USA, w Polsce takie zjawiska nie występują. A to przykro mi
bardzo, że kogoś rozczarowałam. Są bliżej nas niż myslicie.