09.06.2013, 22:00 | kariera
etapy

Jestem z siebie zadowolona. Dziś oddałam praktycznie całą pracę ale promotor naniósł pewne zmiany do niej i będę musiała kilka godzin jeszcze przysiąść. Nie szkodzi. Ważne, że wychodzę na prostą i już nie słyszę „ależ Pani ma bulwarowy język!”. No mam, no mam… wiem.

Sesja? Jedna z najgorszych. 2-tyg bitego wkuwania. Aż uszami wychodziło. Niedobrze mi było na samą myśl o tych wszystkich ciężkich egzaminach. Jeden zdany na 5, u mojego promotora. Dostałam za to nawet słowną pochwałę „egzamin był ciężki, więc serdecznie gratuluję”. Drugi z egzaminów poszedł gorzej, ale skończyło się na 4. Pięknie. Indeks zapełniony samymi 5tkami. Tylko ta jedna 4 widnieje. Jestem zadowolona. Udowodniłam sobie, że potrafię i dam radę. Że jestem taka jak inni – zdolna, po prostu.
Pomagałam też dopiąć inne sprawy uczelniane, za które dostałam również podziękowanie przy wszystkich.
No i certyfikat otwierający mi małe drzwiczki do pracy. W końcu coś, co będę mogła w CV wpisać, bez wstydu.

Jestem dumna. Bo udało mi się w ten sposób spełnić marzenie. Wiem, że to głupie ale moim marzeniem jest by moje dzieci wpisywały w rubryczkę wykształcenia rodziców „wyższe”. Nie tak jak ja, zawodowe czy średnie. To było zawsze zawstydzające. Chciałam mieć wyższe. Ba! Marzyłam o doktoracie. Życie trochę to zweryfikowało, ale nadal ten licencjat MUSZĘ mieć. No i wygląda na to, że będę miała. Moje dziecko nigdy się nie będzie musiało wstydzić że mama jest tylko po maturze. No i będę mogła powiedzieć „dziecino, ucz się bo wykształcenie to rzecz której nikt Ci nie odbierze”.

Nie jestem jednak taka sztywna jak się okazuje. W ramach podziękowania za pracę w grupie, którą w sumie wykonałam ja dostałam zaproszenie na piwo. Koleżanka, której „pomagałam” w tym zadaniu wyciągnęła mnie w piątkowy wieczór na kilka piwek. Było… fajnie, wesoło. W większym gronie byłoby jeszcze ciekawiej ale małymi kroczkami być może coś się kiedyś we mnie zmieni.

TKINCZ jest w związku z dziewczyną od zajebania mi notatek i ich rozpowszechniania. No mega przykre. Ale to uczy mnie jedynie tego, że nie warto być wykształconym, inteligentnym. Że każdą wolną chwile powinno się poświęcać na zabawę i pielęgnowanie urody. Bo to TYLKO ona się liczy i ma jakiekolwiek znaczenie w dzisiejszym świecie. Można być niewiarygodnie płytkim i pustym, ale ważne że jest się atrakcyjnym, szczupłym… i masz cały świat u stóp.
Czas więc na odchudzanie. Kategoryczne. Mam miesiąc do obrony. Minusowe 3kg byłyby satysfakcjonujące.

Do boju, DamoTrefl. Studia skończyłaś to i kilogramy zgubisz. Bo kto jak nie ty?



17.06.2013, 20:00 | kariera
pod górkę

Kolejny raz wysłałam "skończoną pracę" do promotora i kolejny raz zwrot z kolejnymi sugestiami poprawek. No w takim tempie, to nie ma siły że obronię się w lipcu skoro doszlifowana praca wciąż jest cofana! Cierpliwość mi się kończy. Współpraca z moim promotorem jest cholernie trudna. Ciągle popełniam jakieś ogromne faux pas. Co bym nie zrobiła, mając dobre intencje. No kurwa mać. DamoTrefl, ty jebany społeczny dzikusie.

W ramach odstresowania i poprawy humoru wybrałam się z rodzicami na działkę. Podjadałam poziomki, truskawki i zielony groszek. Robiłam zdjęcia i podlewałam świeżo zasianą trawę robiąc przy tym tęcze i jarając się nią jak dziecko. Relaks.

6 dzień diety dobiegł końca, a po 5 waga wskazała - 0.7kg przecież to jakaś załamka jest. Ale nie poddaje się. Omijam słodycze, smażone rewelacje i inne świństwa na które kiedyś sobie pozwalałam. Polubiłam się z jogurtami naturalnymi ale osładzam je jakimś owocem. Czy to bananem czy działkowymi truskawkami. Otręby, błonnik, woda mineralna i zielona herbata moimi zbawcami. Rezultaty marne, jak zawsze w moim przypadku. Choroba i dolegliwości nie pomagają w walce ze zbędnymi kilogramami. Robię też ćwiczenia. Jakieś lekkie wymachy nóg, brzuszki i skłony. Nic specjalnego, ale zawsze coś. Narazie po 20 powtórzeń bo na więcej siły brak.

Odebrałam wyniki z ostatniego badania TSH. Norma to 0,27-4,2 mU/l. Ja mam ponad 8. Dwukrotnie przewyższam górną granicę. W kwietniu miałam blisko 12! Nie wiem, może ja po prostu umieram?!



21.06.2013, 22:30 | kariera
czarno na białym

Brak perspektyw jest okropny. Uświadamiasz sobie, że chęci jednak nie są takie ważne wbrew temu co się mówi "wystarczy chcieć". Nie wystarczy też się starać, wierzyć w siebie, być zdolnym czy nie popełniać błędów. Są takie sytuacje, w których żadne mądre motto nie ma zastosowania. Jeżeli dochodzi do tego wszystkiego rodzina, która człowieka demotywuje nawet do oddychania to jest po Tobie. Szczerze? Od dawna nie było tak źle, żeby odebrano mi siły na studia w Warszawie. Jedyną myśl, która utrzymywała mnie przy życiu kilka lat. Jeżeli jest już tak źle, że ja jestem świadoma, że te studia nie wypalą to perspektywy są naprawdę marne.

Sytuacja jest tak beznadziejna, że to nieme kino. Ja - zajebiście wyposażona w chęci, w miarę w intelekt który dał mi takie świetne stopnie i szansę na stypendium naukowe, w wiarę w siebie i przekonanie, że wszystko się ułoży jeżeli będę X km od rodziny, niewyposażona w zdrowie. Moja siostra - młodziutka, zajebiście zgrabna, zdolna choć w to nie wierzy, zakompleksiona dziewczyna, która zamiast skupiać się na nauce i korzystaniu z tego co ma (zdrowie) woli narzekać i spiętrzać sobie urojone problemy (wszyscy na mnie patrzą bo jestem taka gruba, ten i tamten powiedział że za dużo jem, mama nie ma kasy więc ja pójdę do pracy żeby zarobić na chleb, Ty jesteś chora więc zamiast studiować to wrócę do domu i będę Cie woziła bo rodzice nie mają na to czasu). Ma zdrowie, czyli wszystko to o czym ja marzę. Ona tego zupełnie nie rozumie. Przy każdym trudniejszym egzaminie poddaje się i płacze, że studia nie są dla niej, że jest za głupia, że wraca do domu, że nie chce studiować. Nie ma nawet takiej... nanocząstki chęci by coś osiągnąć nawet jeżeli nie jest to łatwe i nie jest to do końca to co chce robić.

Ja też nie studiuje tego co chcę. Politologia jest cholernym przypadkiem. Ja się czuję i oceniam na informatyka, grafika. Powinnam nim być, a nie jakimś politologiem żałosnym. Ale nie poddałam się i jednak dostrzegłam te dwa przedmioty w ciągu tych 3 lat, które dały mi nadzieję, że może jest jakaś część w tym kierunku, którą da się lubić! Nie mam zdrowia zupełnie. Wizja zabiegu operacyjnego jest nieaktualna. Tata nie chce zgodzić się na operacje bo wie, że po nim moja noga znowu będzie zniekształcona a proteza, która stoi nieużywana od 2 lat, a która kosztowała blisko 50 tysięcy złotych też nie będzie dobra, a sytuacja materialna rodziców nie pozwoli na jej przeróbkę. Dlatego nie będę miała operacji, która mogłaby przywrócić możliwość samodzielnego poruszania się. Jeżeli nie schudnę przez najbliższe 2 miesiące chociaż 6 kg może być niebezpiecznie. W tej chwili dotarło do mnie, w jak beznadziejnej formie jest moje zdrowie i świadoma jestem tego, że zwyczajnie sobie nie poradzę w Warszawie. Mimo tego, że chcę, że wierzę w siebie i że mogę góry przenosić swoim ogromem wiary w Warszawę i wszystko to co się z nią wiąże. Odkładałam pieniądze ze stypendium by mieć jakiekolwiek nadzieje n te magisterskie studia gdziekolwiek by one nie były. Kwota nie powala, ale cholera, do grudnia dałabym radę. A w grudniu nowe stypendium. Byłabym skłonna zostać w domu, a uzbierane pieniądze dać siostrze na to, by miała szansę kontynuować studia. Ale patrząc na jej podejście i brak chęci do nauki i liczne słabości jakie ma obawiam się, że równie dobrze mogłabym te pieniądze wyrzucić.

Obecnie rodziców naprawdę nie stać na studia nawet siostry. A jeżeli pójdziemy na studia obie to tym bardziej. Mama nie pracuje i tak naprawdę pracy nie szuka. Mnie szukanie pracy kojarzy się z chęciami jej podjęcia, zabiegania o nią, chodzenia do PUPu codziennie, roznoszeniem CV do miliarda sklepów, instytucji czy firm. Mama zarejestrowała się w PUP i chodzi tam co miesiąc (czyli to minim by utrzymać zasiłek) i zadowolona opierdala się w domu. ZERO inicjatywy czy chęci. Jak już pisałam jest po technikum ekonomicznym więc no nie ukrywajmy, dupy nie urywa i szanse są minimalne. Ale są! A mama woli siedzieć i chliptać każdego dnia, że pracy nie ma zamiast wyjść z domu i najnormalniej w świecie jej poszukać. Chuj, niech by to nawet ulotki, kasa w tesco była. Cokolwiek skoro nasza sytuacja z budżetem domowym jest taka beznadziejna. Tata ma swoją firmę, która ledwo zipie bo wiadomo, że usługi jakie on oferuje są z gatunku zachcianek, a nie konieczności. Ludzie zawsze kupią chleb i zawsze pójdą do apteki. Ale kiedy nie ma pieniędzy to nie będą doposażać mieszkań. Nie ma co się łudzić. Nikt z nas, dzieci nie pracuje. Ja, wiadomo, z orzeczeniem pracy nie znajdę bo zwyczajnie jej nie ma. Poza tym skoro nie mam siły się uczyć to tym bardziej nie wykrzesam z siebie zdrowia na jakąś pracę.
Jestem trochę jak mama, trochę za dużo narzekam, a trochę za mało robię. Ale ja się uczyłam,mega dobrze, bo wiedziałam, że na pracę szansy nie mam a stypendium jest jedyną szansą na posiadanie pieniędzy dla siebie i swoją przyszłość. Mogłabym zrobić rok przerwy, podkurować się, zrobić tą operację i zrobić wszystko by ta nogę doprowadzić do stanu pozwalającego na wykorzystanie nowej protezy która czeka, aż się przemogę. Ale... Jeżeli nie podejmę w tym roku studiów magisterskich to przepadnie mi stypendium naukowe, za które mogłabym odłożyć 5 tys złotych. A zdrowia, na te studia nie mam. Więc co mam kurwa robić.

Dziś jest ten dzień. Pierwszy raz zaciskam pętlę na szyi i pierwszy raz się nie udaje. Ale będę próbowała do skutku. Bo perspektyw nie mam żadnych.



30.06.2013, 23:00 | filozofie
zaplątanie

Praca dopięta. Napisałam ją sama co napawa mnie dumą. Napawało. Dopóki nie przejrzałam już wydrukowanej pracy z multum błędów. A to przecinka brakuje, a to końcówka wyrazu nie taka. Szlag! Ale może mnie nie uwalą za to.

Od ponad pół roku nie rozmawiamy z TKINCZem. Mega dół. Bo tęsknię za nim, bo był dla mnie wszystkim przez 2lata. Teraz widzę, że to nie przyjaźń ale nie zmienia to dla mnie niczego bo ten ogrom wspomnień zapamiętam do końca życia. Wspólne piwka, przekręty, na ustnym egzaminie odpowiedzi szeptane na ucho, macanki pod ławką, serca w zeszycie, filmiki, zdjęcia, imprezy sylwestrowe, ukradkowe sex smsy, spojrzenia na zajęciach, śmiechy i żarty. Cały on, cali my.

Kocham życie za jego niespodzianki. Za to, że spośród tłumu idiotów, skończonych kurew i skurwieli potrafi wyłowić mi cnne perełki i podstawić pod sam nos. Na długo, na krótko, na chwilę. Przypadkiem trafiłam na jego profil. Chłopak z gitarą, zajęty, z miasta położonego o blisko 100km od mojego. 20min rozmowy, 3minuty na telefonie "no to ja się zbieram i będę za godzinę". No i północ wybiła, ostatnie szlify. Telefon "jestem". I spędziłam uroczą 'noc' z zajętym 27latkiem. 5h gadania o wszystkim i niczym. Świetnie się dogadujemy, kilka wspólnych tematów, jednakowych poglądów, przypadłości. Nic, rozmowa. I tylko na pożegnanie objął mnie ramieniem i zagroził "do zobaczenia". Hahahaha historia jak z niekiepskiej komedii. Lepiej trafić nie mogłam. Sympatyczny, niezboczony facet z krwi i kości.

To mi przypomniało jaka jeszcze do niedawna byłam. Potrafiłam być taka, spontaniczna, otwarta, w miarę rozrywkowa. Byłam kimś, kim chciałabym być dzisiaj. I ta nocna historia sprawiła, że odrobinę dawnej DamyTrefl odkryłam w sobie. Może warto by był pielęgnować ten pierwiastek normalności w sobie?

Jestem dzisiaj tak trochę szczęśliwa. Bo poszłam do przodu dając krok wstecz.