03.05.2017, 18:53 | miłość
the end

Romeo już w moim życiu nie ma. Po wielu burzach, dzisiaj przyszedł czas na grom. 



07.05.2017, 22:35 | miłość
Romeo umarł

Czas na wieczorne opowieści dłuższej treści.

Moja znajomość z Romeo zaczęła się w 2 połowie lutego na jednym z portali... randkowych. Tak, wiem że tam nikogo normalnego nie ma, ja w sumie tez jestem z marginesu społecznego, i że miałam sobie dać z nimi spokój. Ogólnie, z facetami. Tak było, niby. Ale zaczepiłam go z byle duperelą. Dla pogadania w sumie, nie nastawiałam się na nic. 

Spotkaliśmy się po 2 tygodniach. Powiedziałam mu o sobie wcześniej, ale nie wycofał się i do spotkania doszło. Posiedzieliśmy kulturalnie przy kawie i lemoniadzie. Pierwsze wrażenie? Niezłe. Przerodziło to się w regularne spotkania i rozmowy o przyszłości. Od początku niemal nazywał naszą relację związkiem, a ja nie umiałam się określić. Robił mi drobne prezenty, kupił kwiatka na Dzień Kobiet (3cie spotkanie), lizaka "od tak", pluszaka jakiś czas później. Nie lubię prezentów, traktuję je jako próba kupienia mnie, mojej miłości. Chłopak jest z miejscowości oddalonej od mojej ok 100 km. Przyjeżdżał w sobotę i zostawał do południa w niedziele. Zasypiałam przy nim migiem. Przytulał mnie, mówił o mnie dobrze... 

...ale był też naiwny, bardzo dosłownie odbierał to co mówię, a sam nie zwracał chyba uwagi na to, co mu z ust wypada. Przykład? Bardzo proszę. Powiedział, że kocha byłą partnerkę. Później dodał, że po przyjacielsku, ale początkowo powtarzał tylko początkowe wyznanie. Zdałam sobie sprawę, że ona nie do końca jest przeszłością, zwłaszcza że jest w gronie jego znajomych. Obraził się na mnie gdy powiedziałam mu, że nie wiem co z nami będzie i co jest bo ja się tak szybko nie potrafię zaangażować a sam rzucał wyznaniami na lewo i prawo. To już okej? W żartach powiedziałam mu, że kupie mu kubek na kawę z napisem "dawca przyjemności". Wypomniał mi to sugerując, że potrzebuję go tylko do jednego. Ale on nazywając mnie "swoją dżokejką" to już okej, nie rani i nie odnosi się do mojej seksualności? Inne wady? Był niski, łysiał co baaardzo mi przeszkadzało i... robił rażące błędy ortograficzne, np: "churtowania" "zalerzy" i "montarz". Ja tego nienawidzę. On opisywał się jako samotnik, pustelnik który lubi samotne podróże... a nie był w stanie wytrzymać tygodnia bez 2 spotkań ze znajomymi. Były 2 takie tygodnie, gdzie tych wyjść było 4. I to jest nietowarzyskość? Serio? A ja musiałam się tłumaczyć, że nie odpisuje 3h bo nagle koleżanka do mnie wpadła i nie zdążyłam mu napisać. Ja pracuje z Exiem, o co się złościł, ale ja nie mogłam złościć się o jego Ex. Bo już "sieję panikę".

Ja też jestem skomplikowana. Jestem skryta i on ze mną wręcz walczył o otwarcie furtki. Bardzo zraniona i uprzedzona nie potrafiłam go do siebie dopuścić. Trzymałam na dystans powtarzając "nic z tego nie będzie" "nie wyjdzie nam" itd. Chociaż sama kupiłam mu brelok do kluczy do samochodu nie dałam go przez 2 miesiące. Kupiłam mu 2 książki, które chciał przeczytać. Tez mu ich nie dałam. Bo wciąż miałam wątpliwości. I teraz najgorsze. Ja jestem chorobliwie zazdrosna. Bardzo. Jeżeli ktoś mówi "kocham byłą" w tak otwarty sposób to wiem, że ja tego nie przeżyję. To wciąż wracało do mnie, uderzało mnie w twarz, a jak tylko wychodził ze znajomymi to świrowałam. Od razu kłótnia. Mam manię ciąży. Ja w nią zachodzę gdy facet mnie przez spodnie po pośladkach pomizia. Przez 2 miesiące "związku" robiłam 4 testy ciążowe. Po czym? Po tym jak mi rękę pod majtki wsadził. Rękę. Rozumiecie? Współżyliśmy w gumkach. Ale ja wiedziałam już w tamtym momencie, że jestem w ciąży od samego spojrzenia na moje piersi. No ja po prostu zawsze tak reaguję, bo cholernie się boję ciąży. Nie chce mieć dzieci. Na początku się z tego śmiał, ale później się męczył razem ze mną. Kupił mi 3 testy nawet. Robiliśmy 1 razem. Przytulił mnie w oczekiwaniu i powiedział, że ucieszy się z 2 kresek. 

Rozstaliśmy się po tym jak nawarstwiło się kilka spraw. 

W niczym się nie zgadzaliśmy, byliśmy kompletnie różni. Z charakteru, mieliśmy inne zainteresowania, upodobania... Nie odnajdywałam żadnych wspólnych cech, płaszczyzn, które mogłyby nas połączyć. Marzyłam o dużym domu, swoim domu, dla mojego męża, kota i dziecka. A on chciał mieć duży dom... żeby móc na Wigilię spraszać swoich "przyjaciół" z rodzinami do nas. Popierdoliło?! Nie widziałam tego. Imprez tego typu, w ogóle dla mnie święta są rodzinne, a jego znajomi mieliby i tak zakaz wstępu do mojego domu. 

Nie umiałam dla niego się poświęcić i chociaż deklarowałam mu chęć poznania rodziny i znajomych mówiłam, że to potrwa zanim przyjadę. Udawał, że rozumie ale naciskał na mnie i obraził się, że w ciągu tych 2 miesięcy nie chciałam takiego spotkania. Nie dał się przekonać, że to że nie chcę teraz, nie znaczy że będzie tak zawsze. Nie rozumiałam tego, bo co w tym fajnego, że będzie się ośmieszał przyprowadzaniem do domu byle dupy, która nawet nie wie czy jest z nim w związku czy... w którą stronę ma to iść? Ja nie byłam pewna. 

Nie poznałam jego znajomych osobiście ale z tego co mówił, jak o nich opowiadał to jest to banda ludzi, którzy go wykorzystują. Znaleźli sobie "naleśnika", który im organizuje u siebie imprezy, sprząta po nich i jeszcze bywa, że on do nich idzie im pomóc, a oni siedzieli i chlali. Kompletnie nie poczuwali się do tego, żeby coś zrobić, dupy podnieść, ale jest Romeo który to zrobi. No i ten robił za nich. W moim odczuciu zrobiłby wszystko byleby tylko tych ludzi mieć bo tak strasznie boi się samotności, nie radzi sobie z nią kompletnie. Nawet 1 wieczora w domu w samotności nie umie przeżyć, musi wyjść na miasto. To normalne?

Robił tego grilla, o którym Wam wspominałam. Ja uparłam się, że nie pojadę i mówiłam mu to wprost. On jednak w duchu myślał, że przyjadę. Cały ten wieczór i kolejny dzień dostawałam od niego wiadomości, że on jest samotny, że go oszukuję itd. Nie rozumiał tego, że mam swój rozum i choć zapierał się, że chce mieć kobietę samodzielnie myślącą i mającą swoje zdanie okazało się, że obraził się gdy się mu postawiłam. Normalne to jest? 

Tydzień później spędziliśmy ze sobą dłuższy weekend, bo już od piątku. O ile w piątek było magicznie i miło, tak w sobotę, nie pamiętam już, ale powiedział coś co mnie bardzo dotknęło bo zasugerował, że przyjeżdżał dla miłych chwil. 

W niedziele prosto ode mnie pojechał na imprezę gdzie była jego ex. W poniedziałek powtórka. We wtorek z rodziną, w środę 3 maja znowu był u znajomych z ex i zapowiedział, że następnego dnia idzie z nimi na miasto. Powiedziałam, że dosyć. Od piątku nie był nawet w domu u siebie bo tylko u znajomych siedział. Pustelnik. Powiedział, że ma dość tych pretensji o wyjścia. Zerwał. Po godzinie zadzwonił "nie dzwonię, żeby się godzić tylko kilka rzeczy wyjaśnić". Na do widzenia powiedział, że bałby się mieć dzieci ze mną ze względu na genetyczne obciążenie, a kilka zdań później że żałuje, że nie jestem jednak w tej ciąży bo nie szukałabym już żadnych powodów na siłę i byśmy razem byli. To już powiało mi niemal groźbą uwiązania mnie na siłę. Zrozpaczeniem. 

Od tamtej rozmowy cisza. Koniec. 

Nie chcę go oczerniać, to fajny facet, naprawdę. Ale nie dla mnie. 

Nie czuję nic. Owszem, cały wieczór środowy przepłakałam. Bardzo mnie to dotknęło. Ale już w czwartek byłam spokojna. Wiem, że nie wyszłoby i tak szczerze to chyba wiedziałam od początku o tym. Bałam się tylko tego... opinii o sobie samej, że znowu licznik stuknął. Jestem przewrażliwiona na punkcie liczby partnerów seksualnych od tej akcji z gimnazjum, po której zostałam naczelną dziwką i kurwą, mimo że jeszcze długie lata byłam dziewicą. Mam jakiś dziwaczny stosunek do tego. Nie umiem sobie z tym radzić. Nie mam jednak żadnych objawów depresji, z jaką mierzyłam się po rozstaniu z Księciem. Kompletna obojętność na Romeo. I w sumie cieszę się, że go poznałam i miałam kilka miłych weekendów. Mam nadzieję, że on też. 




14.05.2017, 22:45 | filozofie
splątana

Od 2 godzin siedzę nad otwartą kartą wpisu i... i nic. 

Wczoraj siostra zapytała czy Romeo się odzywał. Ani słowem. Od 1.5 tygodnia. Na taką odpowiedź padło tylko "co Ty mu zrobiłaś?!" no bo przecież ja zawsze jestem wszystkiemu winna.

Byłam na piwie z kumpelą. Było jak zawsze. Ja mówiłam 30min, ona 3.5h. 

Czuję się oderwana od ciała. Zanurzona w przemyśleniach. Nie potrafię pracować, skupić się na obowiązkach. Mam zgagę od 1,5 tygodnia. Mam rozdrapaną twarz. To nerwy, stres... Nie wiem czym dokładnie tak bardzo się stresuję, ale robię to bardzo namiętnie. Nie umiem wywietrzyć głowy. Nie pomaga alkohol, muzyka, filmy, jedzenie. 
Przytyłam i nie mogę zrzucić mimo ogromnej dbałości o to co jem i ile jem. Mam ataki kamicy nerkowej. I zszargane mięśnie nogi. Czeka mnie badanie serca w tym tygodniu. 

Mama się wyprowadziła z domu. W środę. Do tej pory jej nie ma. Nie czuję nic w związku z tą sytuacją. 

Pomyślałam dzisiaj - filozofka: mówimy sobie kocham by później wycinać swoje twarze ze wspólnych zdjęć.




17.05.2017, 22:37 | miłość
chyba nie zgasło

Przeżywam sercowe dramaty każdego dnia. Codziennie. W pracy. Siedząc obok człowieka, którego naprawdę kochałam do utraty tchu, a muszę słuchać o zachwytach nad jego żoną i dzieckiem. 
Losie, zlituj się i mnie zabij.

"Najbardziej odczujesz brak jakiejś osoby, kiedy będziesz siedział obok niej wiedząc, że nigdy nie będzie Twoja" 




27.05.2017, 15:16 | rodzina
Ku czci Mamy.

Na Dzień Matki kilka krótkich popisów mojej rodzicielki.

1. Mówię jej o sesji zdjęciowej jaką moja kuzynka musi zrobić na zaliczenie w szkole, a ja jej użyczyłam lustrzankę. Mówię, że nie znam wprawdzie tematyki, ale że celuję w kwestie związane z naturą. Opowiadam jej, że dzisiaj ludzie zbyt płasko podchodzą do natury, a takie zajęcia z fotografii wymagają szerszych horyzontów, postrzegania natury nie tylko w jako faunę i florę... 
mama: mogłaby zrobić foty źródełkom albo w lesie

2. Wyciąga jedzenie sprzed 3dni i zastanawia się na głos czy dać Tacie Trefl (mój tata ma zespół jelita drażliwego). Mówię jej, żeby mu nie dawała bo zejdzie nam Staruszek. Patrze... mama dokłada sos mięsny i podaje tacie.

3. Ugotowałam obiad, ale siadłam chcąc odczekać żeby przestygł. 
Mama: nałożyć Ci obiad?
ja: nom, możesz
Mama wzięła się za sprzątanie.