10.05.2013, 22:30 | przyjaźń
niefart społeczny

Zawsze wpakuje się w jakieś problemy. Świadomie bądź też mniej.

Należę do osób, które oddzielają, chronią swoją prywatność i to bardzo. Nawet jeżeli uważam kogoś za znajomego to nie dzielę się wszystkim bo wiem, że muszę mieć swój margines prywatności. Na facebooku i innych portalach oczywiście dzielę się swoimi przemyśleniami, czasami poważnymi, czasami żartuję z siostrą czy innymi znajomymi i lecą różnej maści teksty z przymrużeniem oka traktowane. Okazuje się jednak, że tylko ja widzę w nich oczywisty żart, nie wszyscy. Może po prostu ci mniej inteligentni nigdy nie będą w stanie dostrzec takich oczywistości...

Zrobiłam tatuaż i pochwaliłam się nim po 2 tygodniach na facebooku. I w ten własnie sposób podkurwiłam "koleżankę z roku". Okazał się, że wywaliłam ją ze znajomych ponad miesiąc temu i teraz koleżanka nie ma dostępu do treści, które zamieszczam na w/w portalu społecznościowym. Jakieś było moje zdumienie, że można się o ten fakt (plus nazwanie jej pokemonem, co uważam że obraźliwe specjalnie jakoś nie jest w kontekście zbierania znajomych jak pokemonów) aż tak wkurwić by grozić pobiciem drugiej osobie... "i jeszcze jedno kurwo pieprzona niech coś na mój temat wylezie z twoich śmierdzących i zagrzybiałych ust to obiecuje nie będę patrzeć czy to etyczne czy nie ale tak ci jebnę ze mnie popamiętasz do końca swojego marnego i poniżej normy życia". Urocza, prawda? A w konfrontacji na żywo dowiedziałam się, że jestem kurwą bo kiedyś napisałam, że sponsor mi się wycofał i Warszawa może nie wypalić. Oczywiście wzięła to zupełnie serio zamiast dociec, że sponsorem miała być fundacja o której pisałam, pod którą robiłam te prezentacje w szkole średniej by dostać pomoc finansową na moje studia. Ale spoko, lepiej brzmi przecież, że jestem kurwą niż to, że robię coś "społecznego" by uzyskać jakąś pomoc jeżeli nie od państwa to prywatnych fundacji zajmujących się osobami niepełnosprawnymi. Nie byłoby to jednak aż tak "medialne". Sypała cytatami mojego profilu jakby czytała go do poduszki każdego dnia. W żadnym z tych cytatów nie było nic na poważnie, ale ona tego niestety nie rozumie. Bardzo jest oburzona, tak bardzo że obrabia mi tyłek za plecami i niespecjalnie się przejmuje tym, że ja to wszystko słyszę. Ale przecież niepełnosprawność ruchowa = niedomaganiami psychicznym więc pewnie jestem taka niedojebana, że zwyczajnie nie słyszę lub też nie rozumiem co mówi o mnie do ludzi. Być może, zawsze wydawałam się sobie normalna w zakresie umysłowym ale może ona wie lepiej. I wiedzą to też inni ludzie bo oczywiście koleżanka nie gra solo. Może mam taką gębę, która ludzi prowokuje do takich zachowań, może faktycznie jestem taka jak opisała. Może uważam się za księżniczkę, której wszystko się należy, może liczę na liczne pochwały a krytyki zwyczajnie nie mogę znieść, może jestem egoistką. Może byłoby lepiej gdyby mnie tak jebła i gdybym zwyczajnie przestała istnieć. Wszyscy by odetchnęli.

Nie ukrywam, chcę umrzeć. Nigdy jednak nie mówię o tym nikomu w świecie rzeczywistym. Po prostu nie mówię, bo wiem że nikt nie zrozumie. Jestem tego tak pewna jak niczego innego. Wiem, że taki koniec tu i teraz mi odpowiada. Są jednak chwile gdy marzę o nowym życiu. O wyjeździe X km by zacząć nowy rozdział bez oglądania się za siebie. Wyobrażam sobie, że jestem na studiach lub już po nich, w pracy... że jestem lubiana i w oczach innych fajna, atrakcyjna. Często też pojawiają się takie przemyślenia na temat dzieci, małżeństwa. Więc niby jednak chcę by istniała jakaś przyszłość. Ale po chwili zdarzy się coś o jednak doprowadza mnie do furii i kończy się na ponownym kombinowaniu paska, linki, tabletek, narkotyków. Bo na trzeźwo umrzeć nie dam rady. Ba gdzieś tam jakaś mała część mnie chce mieć marzenia i je realizować.



30.05.2013, 21:30 | filozofie
zagubiona

Zgubiłam się gdzieś w tym świecie. Z jednej strony wiem czego chcę, wiem że szukam drugiej osoby ale z drugiej stron gdy ktoś do mnie startuje ja uciekam tak daleko jak tylko można. Nie wiem czy to jest spowodowane tylko tym, że zwyczajnie ci atakujący mnie faceci są zaprzeczeniem tego, czego u faceta szukam. Są zwyczajnie nieatrakcyjni intelektualnie i fizycznie, dla mnie oczywiście. Może to chodzi o coś znacznie głębszego. O strach przed kolejnym odrzuceniem, przez kolejnym wydojeniem mnie ze wszystkich dobrych rzeczy, cech jakie jeszcze gdzieś tam w środku posiadam. Mam wrażenie, że wręcz przyciągam swoim lękiem wszystkich tych facetów. Im bardziej się chowam w sobie, zniechęcam tym bardziej oni naciskają. Czasami nie naciskają ale ja mimo wszystko odsuwam się od nich bo zwyczajnie nie chcę ich w swoim życiu. Bo to nie Ten. A przecież "Tego" czuję się od razu. Zwyczajnie się wie, że to własnie posiadacz tego poszukiwanego "czegoś".

Wszystko obraca się przeciwko mnie. Im bardziej się staram tym gorzej wychodzi. Dlaczego nie potrafię nawiązać czegoś stałego? Przyjaźni, znajomości? Nawet z kobietami nigdy mi nie wychodzi. Zwyczajnie daję nogę gdy tylko czuję się osaczona. Mam wrażenie, że jestem tylko po to by ludzie mieli do kogo napisać gdy będzie im źle. Cały czas znoszę te wieczne marudzenia dotyczące diet, facetów, brudu, stancji, egzaminów. Ja mam naprawdę wiele swoich problemów o których zwyczajnie nie mam czasu myśleć bo albo wysłuchuję kogoś albo zapadam się w książkach przygotowując do egzaminów. Bez marudzenia. Czemu inni też nie potrafią zacisnąć zębów i czasami wziąć się za to, co konieczne. Czemu ciągle i ciągle marudzą, chociaż wg mnie nie mają powodów. Jestem już po prostu bardzo tym zmęczona.

Zaczynam czytać o poradniach psychiatrycznych, terapiach psychologicznych. Czuję, że potrzebuję wyjazdu do samotni pod opiekę wyspecjalizowanej grupy lekarzy, która zatroszczy się o mnie jak nikt inny. Potrzebuję leków, ciepłych słów i rady jak mam dalej żyć, gdy życie jest takie bolesne. Gdy jestestwo tak męczy i boli. Gdy boli ciało i boli dusza. Wiele bym dała za taki wyjazd 300 km od domu, znajomych twarzy. To taka psychoterapia. Oddzielenie od przeszłości. Bo tylko tam, gdzieś daleko, bez netu i kontaktu z ludźmi byłabym w stanie dojść do siebie. Żyć od nowa.