01.03.2016, 12:47 | kariera
jedyna droga na doktorat

Nie wydaje Wam się, że doktorat robią głównie osoby niepełnosprawne? U mnie na wydziale tak jest, myślę że stanowią 80% doktorantów. Nie mówię tego przez zgryźliwość. To jest tak: rynek pracy jest wąski, nikt o zdrowych zmysłach nie zatrudni niepełnosprawnej osoby z ograniczeniami ruchowymi czy psychicznymi mając równie wykształconego i zdolnego zdrowego absolwenta tego samego kierunku. Miejsca pracy zajmują głównie zdrowi, pełnosprawni. Chorzy zostają na lodzie, bez szans na zatrudnienie. Są nieporadni życiowo, niezdolni do samodzielnej lub niemal samodzielnej egzystencji, podjęcia pracy zarobkowej wolą bezpieczne życie u boku rodziców. Nie mają życia, często ich kontakty społeczne kręcą się tylko na uczelni zatem skupiają się na nauce by przedłużać kontakt z rówieśnikami. Równie często ze względu na niepełnosprawność ruchową nie uprawiają sportu, zatem nadrabiają w kwestiach naukowych i są ponadprzeciętnie inteligentni. Te powyższe powody nakładają się na to, że czasami naturalną koleją rzeczy wybierają studia doktoranckie jako drogę życiową, czasami jest to przymus środowiska, rodziny czy wygody. Czasami smutna konieczność z uwagi na brak perspektyw dotyczących zatrudnienia. 

Dokładnie dlatego sama zastanawiam się nad doktoratem. Jednocześnie zawsze negatywnie odnoszę się do swojej choroby i staram się żyć kompletnie inaczej niż niepełnosprawni rówieśnicy. Walczę o oderwanie mojej osoby od "standardowej wersji niepełnosprawnego". Nie chcę powielać schematów, chcę być ponad to co mnie definiuje. Nie chcę robić doktoratu i być w tych 80%. Chcę być w tych 10% którym udało się zdobyć pracę i świetnie sobie radzić, zarabiać ogromne pieniądze, mieć rodzinę, dzieci itd. 




02.03.2016, 16:15 | przyjaźń
znajomości i próba czasu

Wierzę, że to co prawdziwe przetrwa wojny, zamieszki, lata bez kontaktu, największe kłótnie itd. Pisałam Wam o byłej przyjaciółce, z którą nie widziałam się 6lat. Mieszkałyśmy razem wraz z jedną dziewczyną. Początkowy brak przekonania zastąpiła prawdziwa sympatia i trzymałyśmy się jakoś raźnie :) Po tym jak się wyprowadziłam widziałyśmy się jeszcze dwa razy, w przeciwieństwie do tej pierwszej kumpeli. No... Mimo, że też się nie widziałyśmy z 5 lat to umówione jesteśmy na przyszły tydzień na kawę i plotki. Obstawiam, że będzie całkiem spoko, jak dawniej :) 

Teraz jadę do rodzinnej miejscowości i widzę się z tą pierwszą niewidzianą dawno przyjaciółką. Również z obecną, z którą dzielnie trwamy od 3lat w bliskiej znajomości uda się spotkać więc mam tydzień pełen wrażeń i atrakcji. 

Na niedziele zapraszał mnie ten 36letni facet z baru, ale po krótkiej wymianie smsów znowu o treści "leże na łóżku, nago" straciłam ochotę na jakiekolwiek spotkania i kontakt z tym człowiekiem. 

Naprawiam swój świat. Małymi kroczkami.





08.03.2016, 11:19 | ja/moje
3, 2, 1 - szczęście!

Próbuję definiować szczęście i uczyć się je odczuwać po swojemu. Chociaż czasem nie wychodzi, to wierzę głęboko że do tego uczucia da się wrócić i jednak je poznawać po krótszej czy dłuższej przerwie.  

Prawda jest taka, że większość z nas, w tym także aktualna ja szuka szczęścia w posiadaniu kogoś. Nic bardziej mylnego! Szczęście powinno wypływać z nas samych, a nie stanu cywilnego, zasobu portfela czy przebytych km w życiu. Z nas. Dlatego jestem na linii startu, z pustym portfelem i pustym sercem. Do biegu, gotowi, start! :)




10.03.2016, 14:06 | miłość
pogrzeb

Zakochanie to taki stan, w którym idealizuje się partnera. Nawet jeżeli dostrzega się grzeszki, małe zadry to próbuje się je wypierać ze świadomości mówiąc "oj tam, każdy jakąś rysę musi mieć". Z perspektywy 11 miesięcy od poznania Księcia powiem Wam, że to straszny egoista. Tak, egoista i esteta. Oczywiście chciał siebie widzieć inaczej, jako dzielnego rycerza który kocha także normalne kobiety, z wadami. Próbował udowadniać sobie samemu, że pokocha niepełnosprawnego pączka, zerwie z dotychczasowym życiem. Nie udało się, wygląd partnerki, bodźce estetyczne i niepohamowane czerpanie przyjemności było ważniejsze. Dlatego zostawił mnie dla kolejnych podróży, pokazywania się nago w miejscach publicznych, aquaparkach i oceanach w towarzystwie długonogiego paszczaka z nosem na 2metry. Takie życie chciał prowadzić, takie zapewne będzie miał. Pełne przyjemności seksualnej, fizycznej i życiowej. 

Ja też chciałam widzieć w nim rycerza na białym koniu, z szablą którą będzie walczył o mnie, bronił mnie i był ze mną na dnie i w tych momentach nieco lepszych, gdy mogę pójść 10 metrowy spacer. Chciałam wierzyć, że ten upór w zabieraniu mnie do lekarza albo smarowaniu mi łydki to przejaw troski. W jego zachowaniu chciałam widzieć mężczyznę o czystym, pięknym sercu, który wyrzekł się przyziemnych słabości i luksusów dla życia przy moim boku, które jest piekielnie trudne. Frustrowało mnie to, gdy tęsknie wspominał o wycieczkach, wakacjach w Grecji itd. podczas gdy moje wakacje to chowanie się w domu przed słońcem, albo w szpitalu na kolejnej operacji, rehabilitacji czy obserwacji. Czułam się winna temu, że pozbawiam go możliwości spełniania marzeń. To w sobie widziałam winę tego rozstania, podczas gdy winna byłam najmniej. 

Nie mam wpływu na swoje zdrowie i mam świadomość że to choroba postępująca i ostatecznie kończąca się wózkiem.I to właśnie ta świadomość i poniekąd perfidne wejście w związek z Księciem wiedząc, że moja sytuacja go przerośnie. On jednak zamiast jak prawdziwy mężczyzna rozstać się i wtedy szukać szczęścia, szukał go będąc jeszcze ze mną zamiast oferować mi wsparcie. Nie miał nawet chęci ani odwagi popatrzeć mi w oczy i powiedzieć "to koniec", niejako wymusiłam na nim spotkanie i szczerość. 

Nigdy już nie zaufam i widać to bardzo w moich rozmowach, choćby na GG. Jestem kompletnie inna. Lipiec i sierpień 2015 to był mój pogrzeb. Tamtej, dobrej, troskliwej, otwartej i miłującej bliźniego. Dama Trefl już nie żyje. 




13.03.2016, 18:22 | zdrowie
nolife

Jest bardzo źle i z całą pewnością czeka mnie w tym roku operacja. Kolejna. Kolejna w samotności. Zawsze muszę sobie radzić sama, a chciałabym kiedyś czuć czyjeś wsparcie... Czy ja tego doczekam?

Zaczynam poważnie zastanawiać się nad konsultacjami we Francji i wylotem na leczenie do USA. Poważnie. Nie mam pojęcia czy istnieje jakikolwiek ratunek dla mnie, ale ja nie chcę takiego życia jakie wiodę teraz, a już na pewno nie chcę takiego jakie potrafią podarować mi polscy lekarze. 





16.03.2016, 22:09 | filozofie
zaskoczenia

Widziałam wzruszający obrazek z miasta. Młoda dziewczyna, pewnie świeża studentka, klęczała przy starszym mężczyźnie i sznurowała mu buty. Dziadzio o lasce. Uśmiechnął się i podziękował patrząc na nią z wdzięcznością. Ona wstała, odwracając się jeszcze dwukrotnie odeszła w swoją stronę. Przypadkowy przechodzień. 

Ludzie chyba są jednak dobrzy z natury. To było piękne. Wciąż jestem pod wrażeniem.




19.03.2016, 16:21 | miłość
Księciunio

Ciągle tęsknię. Wieczorami pragnę by mnie przytulał i gładził po plecach. By delikatnie całował, szeptał do ucha te piękne rzeczy. Naprawdę tęsknię i nie umiem żyć bez niego. On jest wymarzonym, ma wszystko to co powinien mieć prawdziwy facet, intuicję. Niech skończy się to rozpaczliwe łkanie mojej duszy. Niech to się skończy bo nie wytrzymam...



23.03.2016, 16:15 | miłość
świat randek nie dla mnie

Niby się umówiłam na piątek i w niedziele zwyczajnie się na te spotkanie cieszyłam. Dziś jestem przerażona... Chyba nie chcę nikogo nowego w swoim życiu. Nawet kolegi. Roztrzęsienie wewnętrzne. Myślicie, że to już? Po 8 miesiącach? Znów okres Wielkanocy i malowanie jajek czerwoną szminką. Deja vu, czyż nie?
Tak, podobno spotkanie koleżeńskie, ale żarty z podtekstami wskazują na możliwy inny scenariusz... A może właśnie błędnie zakładam, że chodzi o podteksty. Zobaczy mnie to jego grzeszne myśli odejdą w niepamięć. 
Powtarzam sobie, że przecież chciałam mieć ziomeczka nowego żeby móc gdzieś wyskoczyć albo film obejrzeć. Nie pomaga. Wewnętrzny stresik przed spotkaniem już się odzywa.

Nie wiem po co Wam to pisze.




27.03.2016, 18:18 | miłość
zakończenia

Nie było warto. Ale przynajmniej mam tego namacalne potwierdzenie. Koniec znajomości wyczuwam, Milordzie.



31.03.2016, 23:18 | miłość
więcej szczegółów

Bałam się tego spotkania więc odwołałam je w czwartek. Nie rozumiał pobudek ale przytaknął. Myślałam, że odpuści ale temat wrócił w piątek. Zdecydował, że jednak w sobotę przyjedzie. Nie wiedziałam czego się spodziewać, latały takie podteksty i flirty, że to szok dosłownie. Ciężko wyczuć... 

Przejechał ponad 100 km żeby mnie odwiedzić. Dotarłam na miejsce spotkania niemal równocześnie z nim. Pocałował mnie w policzek na powitanie. Chyba niższy jest ode mnie, albo równy. Na pewno 1/3 mojej wagi ma bo strasznie chudy. Poszliśmy do mnie, zrobiłam herbatę, on zrobił popcorn i siedliśmy przed lapkiem. Jeden film, drugi film, trzeci film. Zrobiła się północ, trochę gadaliśmy w międzyczasie ale o bzdetach. Później pośmialiśmy się z początków znajomości, trochę wspominków na wesoło. Oparłam głowę o jego ramię, a on mnie objął. Przed nim jeszcze 100 km powrotu więc pomyślałam, że dobrze byłoby gdyby się chociaż położył. Rozłożyłam kanapę i położyłam się po jej drugiej stronie. 

ja: ktoś tu obiecywał że mnie będzie głaskał po plecach...
on: to chodź tu bliżej, a nie się tak daleko odsunęłaś.

Ja po chwili rozkminy jednak sie przysuwam. Smyrnął mnie raptem ze dwa razy po ramieniu i plecach. TYLE. Po chwili zasnęliśmy nie wiem kiedy. 
Nagle słyszę jego głos "Damo, wstawaj już 3 a miałem na godzinę się położyć" matko boska, a tu niedzielny, wielkanocny poranek, za chwile śniadanie ;) Zerwaliśmy się na równe nogi ale sama po chwili mówię, że w sumie to spaliśmy godzinę bo chyba zegarki się przestawiało właśnie tej nocy. Wydawało mi się zresztą, że całkiem niedawno zamknęłam oczy. 
Odprowadziłam go do drzwi, pocałował mnie w policzek i poszedł. 

Wieczorem w niedziele napisał, że nie żałuje i nie był to zmarnowany wieczór. A ja wiem, że było inaczej i napisał to TYLKO dlatego, że tak wypada. Sucho. Nic nie zaiskrzyło, kompletnie. Nicość. Ale ja czułam, że tak właśnie będzie. Nasza znajomość się skończyła sądząc po ciszy od tamtej pory.