01.03.2013, 23:00 | zdrowie
szpitalne opowiastki

Ten
tydzień spędziłam w szpitalu. Multum czasu na przemyślenia na temat śmierci,
choroby, starości, swojego miejsca w świecie, planów na przyszłość. O wszystkim
tym, o czym na co dzień się nie myśli. 



Leżałam na oddziale neurologicznym, gdzie średnia wieku to chyba 70-80lat. Ja
bardzo się boję starości, niedołężności. Nie lubię takich widoków. Patrzyłam
jak Ci ludzie po prostu umierają. Z każdym dniem są coraz bliżej końca.
Zazdrościłam. Też chciałabym by tak szybko mnie to spotkało. Może spotka, ale
muszę sobie pomóc. 


Wiele dobrych rzeczy doświadczyłam przez ten krótki czas, ale tak naprawdę już
mnie to nie cieszy. Zdaje się to przelatywać gdzieś obok i nawet nie zostawać w
pamięci. Tylko wysilając się potrafię opowiedzieć co się działo w szpitalu w
sposób, który nie byłby tragicznie przykry. Było strasznie. Igły, wenflony,
badania, igły, badania itd. Rodzina gdzieś w tle. Takie pozory normalnej
rodziny, troski, miłości, dbałości o drugą osobę. Jakie to wszystko bez sensu
jest. Moje istnienie. Nie mam raka ani żadnego guza głowy. Jestem zdrowa.
Rozczarowana jestem trochę. Liczyłam na chorobę i szybki koniec tej wegetacji.







12.03.2013, 20:00 | ja/moje
nicość

Ogrom
pieniędzy ładuję w zaspokajanie potrzeb, spełnianie marzeń. Innych, cudzych,
członków rodziny. Miałam odkładać na magisterkę. Ale magisterka nie jest już
możliwa do spełnienia więc rozdaję kasę na prawo i lewo. Sukienka dla mamy,
kosmetyki dla siostry, buty dla brata... Nie zależy mi. Wiem, że ze mną i tak
koniec. Całkiem niedługo. Pieniądze szczęścia nie dają.



Mijaliśmy się z Jedynym w sklepie. Hipermarkety to jednak zło. I nagle poczułam
się chlaśnięta w policzek od przeszłości. Tak, wiem już że nic nie będzie. Nie
powtarzaj. 

Ale jego uśmiech i oglądanie się za mną to wciąż przyjemna rzecz. Tak
obiektywnie. 




17.03.2013, 21:00 | filozofie
beznamiętności

Obserwuję
z wielkim zaciekawieniem zmieniające się statusy "w związku"
"wolny/a" "to skomplikowane" na Facebooku. Wśród moich
znajomych następują wielkie wiosenne przetasowania w tej sferze życia, czym
oczywiście nie zapominają podzielić się ze wszystkimi. I te śmieszne
przestawianie statusu z "wolny'a" na "w związku" po jednej
wspólnej imprezie, a po 2-3 tygodniach znowu "wolny/a". 

Nie czepiam
się, jestem oazą tolerancji póki ktoś nie wpieprza się w moje życie, nie
umoralnia i nie doradza. Tylko wiecie... tak bardzo mi to przypomina czasy
mojego nastoletniego "wyszumiania się". Miałam wtedy ze 14-16 lat.
Randkowałam kilka razy w tygodniu. Za każdym razem z innym. Czasami udawało się
spotkać kilkukrotnie z jedną osobą. Czasami były to już spotkania stricte
"związkowe", trzymanie się za rękę, pocałunki w parku, szeptanie do
ucha czułych wyznań. Gdyby istniał wtedy facebook, nk... z pewnością mój status
związku zmieniałby się równie często co obecnie moich znajomych. Chwilami
bardzo tęsknię za tamtymi czasami, gdzie byłam pewna siebie, wyrywałam obcych
chłopaków bez żadnego problemu. Nie dostałam kosza chyba ani razu. Miałam
"to coś". Byłam wtedy nastolatką, to pierwsze drganie serca, pierwsze
pocałunki skradzione potajemnie i pierwsze chwile "razem". Już nie
ważne, że spotkało mnie później wiele przykrych chwil, wiele rozczarowań i
jeszcze więcej zawodów miłosnych. Ale człowiek zdaje się w pewnym wieku
powinien wyrosnąć z takiego wchodzenia w związki "z kim popadnie".
Tak mi się wydaję. Poważniejemy, inaczej odbieramy pewne sygnały, troszczymy
się o prywatność, nie popadamy tak łatwo w skrajności. 

A jednak moi znajomi
(Wasi pewnie również) wciąż i wciąż potrafią z taką łatwością i lekkością
wbijać się w coś zupełnie nowego co kilka tygodni. Przeżywać te miłosne
uniesienia wciąż w taki nastoletni, naiwny sposób. To w sumie przerażające,
żałosne... ale i niesamowicie piękne na swój sposób. Ta beztroska i to ślepe
zaangażowanie, naiwność przypisana młodości, to jest piękne. Bardzo im tego
zazdroszczę. Chciałabym znowu zakochać się jak kiedyś, z taką wielką siłą i
"na całego", tak by wirował świat, ludzie nie istnieli i żeby
wszystko, absolutnie wszystko było takie pastelowe, stworzone tylko dla nas.
Chciałabym znowu mieć 14 lat. 







24.03.2013, 18:30 | zdrowie
istnienie boli

Zwykła
wizyta u okulisty. Bo trzeba kontrolować postęp wady wzroku. Bo zachciało mi
się odświeżyć wizerunek nowymi oprawkami. Bo była okazja. Badanie i to
zdumienie, niezadowolenie na twarzy lekarza. Dodatkowe badania. Kolejne złe
wyniki. Zlecenie kolejnych pod okiem neurologa. Karuzela zaczyna się kręcić.
Jutro szpital. Kolejne badania, wyniki, konsultacje. Groźba? Miażdżyca,
cukrzyca lub najgorsze: guz mózgu. 

Zaczynam się zastanawiać czy nie taniej wyniosłoby po prostu umrzeć. Od 2 lat
każda wizyta u lekarza kończy się wykryciem jakiejś faktycznej choroby. Długo
jeszcze mam się tak męczyć będąc bez przerwy szturchana przez zły los?