05.02.2013, 19:00 | ja/moje
dwa światy

Jestem jednym wielkim paradoksem.

Należę do osób ogromnie zakompleksionych. Nienawidzę siebie, swojego ciała i wyglądu, charakteru. Nie lubię gdy ktoś na mnie patrzy. Unikam wychodzenia z domu. Źle znoszę tłum. Nie czuję się w nim zbyt pewnie. Wczoraj przeanalizowałam jednak swoje zachowanie i jednak pragnę bycia uwielbianą, pragnę sławy. Dążę do bycia rozpoznawaną. To zaczęło się jeszcze w podstawówce gdy podobał mi się chłopak ze starszej klasy. Robiłam wszystko by mnie zauważał. Ale zauważał nie tylko on, cała klasa i cała szkoła. Później posiadałam konto na fotce i wypowiadałam się na jej forum, a z racji kontrowersyjnych poglądów (konserwatywnych w sypialni i bardzo liberalnych w życiu) każdy mnie tam rozpoznawał. Myślę, że mimo 4-letniej nieobecności tam gdybym dzisiaj weszła w tamten świat byłoby kilka osób, które mnie pamiętają. Mam na to potwierdzenie. Aż w końcu dochodzimy do dnia dzisiejszego, w którym kompleksów mam znacznie więcej niż w wieku nastoletnim i tak zachowuję się tak samo. Błyszczę, dążę do tego by być 'na językach'. Nie robiłam/nie robię tego w pełni świadomie. Niektóre rzeczy oczywiście, że tak ale część jest spowodowana zupełnie rzez przypadek.

Drugi przykład. Źle mi gdy jestem singielką. Kiedyś taki stan nie trwał wiecznie. Teraz dłuży mi się to niemiłosiernie. Chciałabym kogoś mieć, chciałabym stworzyć związek już taki... do grobowej deski. Na poważnie. Wspierać się wzajemnie, kochać, szanować, rozmawiać godzinami, przytulać się, całować ukradkiem. Chce tego i potrzebuję jak powietrza. Po czym poznaję naprawdę świetnego kandydata i wszystko psuję. Zdanie po zdaniu rozwalam coś co udało się zbudować w wirtualnym świecie. Gdy widzę, że sytuacja jest piękna, jest na dobrej drodze do spotkania, do nawiązania faktycznych iskierek ja burzę wszystko. Bo boję się związku.

Jak można tolerować homoseksualnych facetów, transseksualistów, transwestytów i niepełnosprawnych "dziwolągów", a jednocześnie nie tolerować kurestwa, różowych pustych blondynek i nastolatek w ciąży (i nie ważne, że ma 17 lat i twierdzi, że chłopak ją kocha, są ze sobą od 3 lat...), nie potrafię znieść ćpunów chociaż jestem za legalizacją, nie potrafię zaakceptować złodziejstwa i kombinatorstwa. No jaka ze mnie istna oaza tolerancji...

Sama nie wiem, chyba trochę się pogubiłam w samej sobie.



09.02.2013, 22:30 | miłość
miłość bez lukru

Opowiem Wam historię pewnej miłości.

Pewna 17-letnia pewna siebie dziewczyna zatracała się w pikselowym świecie. Nie zapominała też o znajomych ze świata rzeczywistego. Jeden z nich właśnie napisał jej, że poznał dziewczynę na jakimś ognisku. Poczuła się urażona, dotknięta. Kosze dostawała bardzo rzadko, to ona je dawała innym. W chwili podenerwowania w jednym z tematów na forum napisała „od dzisiaj olewam facetów, będę lesbijką”. Po kilku minutach pod tym postem pojawił się komentarz z zaczepką „założę się o browarka, że wkrótce zmienisz zdanie”. Dziewczyna uparta jak osioł nie chciała ustąpić więc umówiła się z zaczepnym użytkownikiem na owego browarka.
Okazało się, że świetnie dogadują się z tym użytkownikiem. Wspólne zajęcia, zainteresowania bardzo ludzi zbliżają. To wiadomo nie od dziś. Czytali sobie w myślach, dokańczali swoje zdania. Bardzo szybko się zaangażowali i po 2 tygodniach byli parą. Mijały tygodnie i miesiące na rozmowach, żartach, podróżach małych i większych. W między czasie wpakowali się w coś co nazywa się łóżko i właśnie ten mebel stał się powodem wielu kłótni w późniejszym czasie. Ten idealny chłopak miał bowiem smar za uszami. „Nie mówił całej prawdy” jak zwykł nazywać swoje kłamstwa. Bardzo długo zwodził dziewczynę, zdradzał ją nagminnie. Rozstali się gdy prawda wyszła na jaw. Nawet się nie bronił, już zabrakło argumentów… jak można obronić zdradę? Nie da się.
Później po miesiącu zdecydowali dać sobie szansę. Naiwna dziewczyna wierzyła, że przez ten czas chłopak zapomniał o „tej drugiej” i spokorniał. W takiej nadziei trwała kilka miesięcy i ciągnęłaby to nadal gdyby nie kolejne dowody zdrady. Huczne rozstanie na 5miesięcy zakończyło się powrotem do tego co było. Relacja oparta na seksie raz na dwa miesiące, na kłótniach i wyzwiskach. Gdyby wtedy wystarczyło sił i samozaparcia sytuacja by się zakończyła już wtedy, po 2latach ‘związku’. Dziewczyna trochę zmądrzała, tak przynajmniej o sobie myślała. Puknęła się w czoło i zerwała znajomość z zaczepnym użytkownikiem.
Po 9 miesiącach, gdy już zaczęła powoli stawać na nogi po rozstaniu ten znowu się odezwał proponując spotkanie. Jedno, drugie, trzecie i historia zaczęła się na nowo. Dopiero Sylwester stał się takim przełomowym momentem, w którym dziewczyna postanowiła „dość!”. Po kolejnych 2miesiącach milczenia spotkali się znowu. Spotykali się nieregularnie, jakieś 3miesiące, po czym znowu urwała znajomość. Tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem a chłopak milczał. Dziewczyna już dawno o nim zapomniała.
Po 13miesiącach zagadał na komunikatorze pytając o powód uśmiechu w ostatnich dniach. Zbywając go odpowiedziała, że jak układa się na wszystkich płaszczyznach życia to uśmiech jest nieodłączny. Nie dał za wygraną. Umówili się na przysłowiową kawę, ale ta zakończyła się w łóżku, pierwszy raz od 2lat. Trzymali się na dystans ale iskierek nie da się schować do kieszeni. Zbliżała się rocznica 5lat od pierwszego piwa, od zakładu który wszystko rozpoczął. Dziewczyna miała nadzieję, że chłopak w między czasie dorósł tak jak i ona sama. Liczyła na pierścionek zaręczynowy, na deklarację, że ten seks do czegoś prowadzi, że to coś więcej niż spędzanie miło czasu we dwoje. Chłopak zaśmiał jej się w twarz w dniu rocznicy, którą co roku zakreślała w kalendarzu. Ale po miesiącu zmienił zdanie. Kupił pierścionek i wcisnął jej na palec serdeczny. Po kilku miesiącach dołączył pytanie „czy zostaniesz moją żoną?” Oniemiała z zachwytu. O tym marzyła od dnia poznania. Wiedziała, czuła że może jednak wyjdzie mimo kłótni, niedopasowania w łóżku i tych licznych zdrad których w ostatecznym rozrachunku oboje się dopuszczali. Pewnego dnia, pół roku od zaręczyn dziewczyna obudziła się. Ale nie rano. Obudziła się gdzieś pomiędzy południem a wieczorem. Uświadomiła sobie, że błądziła po omacku przez ostatnie 5.5 roku. Traciła czas. Wysłała smsa o treści „te zaręczyny, to tak na poważnie?”, jakież było jej zdziwienie gdy dostała zwrotnego „nie chcę się angażować, przepraszam!”, a pierścionek? „kupiłem Ci, bo chciałaś”.
W tym momencie życie jej się załamało. Bo można się oszukiwać, zdradzać, szarpać i tłuc. Kwestia niedopasowania. Różnic charakterów, oczekiwań. Ale kiedy otwiera się oczy, ale tak naprawdę otwiera oczy to widok zgliszczy własnego życia boli niesamowicie. Boli tego dnia, boli przez kilkaset następnych. Jak długo będzie bolało? Nie wiedziała i nie wie po dziś dzień.
Tadam!

Byłam głupia, co? To tylko suche, gówniane opowiadanie. Powiem Wam, że wiele emocji mną targało w tamtym czasie. Nim zresztą też. Jedyny taki był. Oaza spokoju, ale potrafiłam go doprowadzić do furii, czasami płakał z bezsilności, czasami już razem płakaliśmy i poddawaliśmy się wielokrotnie "za porozumieniem stron". Ale to on zawsze wracał. Zawsze pod byle pretekstem się odzywał. Dłuższy czas trzeźwiałam. Docierały do mnie te obrazy patologicznej miłości w jaką dałam się wciągnąć. Ja byłam szczerze zakochana. Na maksa. Bardziej! Dla Niego od początku do końca byłam niepełnosprawną statuetką na półce osiągów seksualnych. Byłam tylko kochanką. Marną jak widać po powyższym opisie. Byłam... sama nie wiem. Faceci lepiej to opiszą, skomentują. Byłam tylko... takim zapchaj workiem. Jako człowiek jest zdecydowanie genialny. Cenię Go. Ale do związku ze mną o się nie nadawał kompletnie. Ja się nie nadaję do związków kompletnie.
Dzisiaj nie wiem co u Niego słychać, nie utrzymujemy kontaktu już 9-ty miesiąc. Czy to kolejny przerywnik takie jak powyższe? Nie wiem. Wiem, że z mojej strony wszystko się skończyło. Brakuje mi Go, głupio byłoby skłamać i powiedzieć, że te 5 lat nic dla mnie nie znaczyło. Znaczyło bardzo wiele. Był i jest nadal najważniejszym człowiekiem w moim marnym pół-życiu. I szczerze? Niczego bym nie zmieniła, mimo że to był koszmarny, najgorszy czas w moim życiu. Ale ciesze się, że udało mi się otworzyć te zakochane oczęta i zobaczyć to, co widzieli wszyscy dookoła. Chorą jednostronną miłość kaleki.



13.02.2013, 21:30 | miłość
małe radości

Sobota. To dzień Sądu Ostatecznego.
Spotykam się z Panem Ideałem.
Wiatr we włosach, uśmiech na twarzy. Oddycham!



17.02.2013, 23:00 | miłość
randkowo

Przywitał mnie przytulasem. Ale takim.. koleżeńskim. Bez emocji... iskierek. Później było tylko gorzej.

Pojechaliśmy na pizzę do mojej ulubionej kawiarnio-knajpki i gadaliśmy. W sumie rozmowa jako tako - kleiła się 2 miesiące gadania okazały się nie być zabójcze i wiele tematów można jeszcze znaleźć. Zainteresował się moją bransoletką dawcy narządów. Łał. Inni interesują się tylko tatuażem.
Później wpadł na nas kolega z roku - kujonek, i jak zwykle 2 min gadki o nauce.
Stwierdziliśmy że uciekamy, bo więcej już nie wciśniemy. "nie baw się w sponsora" ale i tak zapłacił rachunek sam.
Pojechaliśmy do mnie na kawę inkę, która nawet jak inka nie smakowała... ale to już pominę. Pogadaliśmy może z godzinę i stwierdził, że pada na twarz i już nie da rady. Przytulił mnie (i pocałował w policzek!) jeszcze w podziękowaniu za prezent który mu wręczyłam, a później na do widzenia.

Nie jestem jakoś zadowolona ze spotkania. Sama nie wiem. Niby było ok, nie ma się co czepiać. Nie było iskierek. Żadnych. Nie było flirtu, podrywu ani gestów które mogłyby świadczyć o zainteresowaniu.
Gdy dojechał do domu napisał tylko poste "dotarłem". A po kilku chwilach już na maila napisał wiadomość z podziękowaniem za prezent. Postnie do bólu.
Napalałam się na to spotkanie jak głupia. Serio. Denerwowałam się strasznie. Drżały mi ręce i głos... Niecierpliwiłam się "jak to będzie" i okazało się, że nie było tak fajnie jakbym chciała. Mówiłam, najlepszy czas na spotkanie był miesiąc temu, gdy była taka fala... zauroczenia. Hmn. Przegrałam.
Zobaczymy jak szybko nam się kontakt zluzuje, bo następnego razu raczej nie będzie. Nic nie wspomniał na ten temat.



22.02.2013, 21:00 | miłość
empcjonalne gierki

Nie wiem od czego zacząć... Mam pecha. Niewiarygodnego pecha do ludzi. Może nie jest mi pisane być szczęśliwą? Niektórzy po prostu muszą być singlami. Nie przeszkadzałby mi ten stan gdybym była taka jak kiedyś. Tak samo jak kiedyś lekko podchodziła do czułości, seksu, do zabawy ludźmi. Tak zwyczajnie. Ale ja spokorniałam, dorosłam, dojrzałam, nagrzeszyłam już za młodu tak bardzo, że teraz się wstydzę za tamten okres. Dla mnie nie było problemu rzucić się na chłopaka, którego znałam 15 min w świecie realnym. Dzisiaj potrzebuję dużo więcej czasu i spotkań by do czegoś doszło. Ale cnotliwa też nie jestem. 3 miesięczne chodzenie za rączkę i wpatrywanie sobie w oczy bez żadnego całowania to nie dla mnie. Jestem już trochę jednak dorosła, czego innego potrzebuję. Potrzebuję stałej relacji. Znajomych, spontanicznych randek co wieczór z innym już mi nie trzeba. Chcę mieć do kogo wracać z uczelni, do kogo tęsknić, o kim śnić. Jednej jedynej osoby, która do szczęścia wystarczy mi absolutnie!

Los jest jednak innego zdania. Gdy zaczynam zapominać jakie imię nosił Jedyny, jak pachniał, jaki miał kolor oczu, włosów, jak smakowały jego usta i drżały palce podczas dotyku wtedy los stawia mi go prze oczami. A tak sobie, dla zabawy moim sercem. Podgojone rany znowu pękły i polała się krew tak samo gorzka jak te 9 miesięcy temu gdy widzieliśmy się ostatni raz. Losie, czemu mi to robisz? Naprawdę zasłużyłam? Wiem, nie jestem aniołkiem, ponoszę winę w takim samym stopniu jak On. Ale już wystarczy, naprawdę. Śnił mi się. Siedział obok, patrzył w oczy i szeptał, że tęsknił i chce się spotkać na kawę, że pięknie wyglądam i "się wyrobiłam". W porę zadzwonił budzik a zaraz potem mama zrywając mnie na wycieczkę z tatą. Nie miałam czasu myśleć o tym śnie. Zapomniałam. Przecież to nic nieznaczący sen jak setki innych. Nabawiłam się na spacerze kontuzji i to dość upierdliwej. Zobowiązania wobec uczelni zmuszają mnie jednak do obecności na pewnych eventach. Gościliśmy polityka, jednego z bardziej znanych. Nie przepadam za nim, uważa on niepełnosprawnych za niegodnych życia. Współczuję mu ograniczonego pola widzenia pewnych kwestii. Jego fanem był za to Jedyny. Ogromnym. Zawsze na mnie wjeżdżał, jak ja mogę głosować na daną partię skoro jedynym mądrym wyborem jest jego idol! Jakież było moje wielkie zdziwienie i przerażenie gdy zobaczyłam znajomą twarz, torbę i kurtkę... "o ja pierdolę, mój były" zdołałam tylko wyszeptać do koleżanki siedzącej obok. Niedowierzanie, stres, chęć ucieczki. Nie mogę. Muszę tam być. Przeszedł obok i powiedział cześć z tym swoim figlarnym uśmieszkiem, któremu ulegałam zawsze, nawet jak byłam wściekła. I... i nic. Nic. Pustka. Zero emocji. Prócz złości, która się we mnie wzbierała. Okłamał mnie zatem. Mówił, że przenosi się do Warszawy. A tu jednak okazuje się to bujdą. Nie pierwszy raz. Dziwnie. Dziwnie jest spojrzeć w twarz człowiekowi którego niegdyś tak się ogromnie kochało, na zabój wręcz... i nie poczuć nawet uszczypnięcia w serce. Wspomnienia jednak mimowolnie wróciły. Ogrom 'stop klatek' ze wspólnych chwil.

Gdybym tylko była szczęśliwa z kimś innym. Nie zabolałoby mnie to spotkanie. Czułabym się dumna jak paw, że się podniosłam i poszłam do przodu. A tymczasem poczułam wstyd. Stoję w miejscu i nie potrafię poczuć więcej... Do nikogo. Z Panem Ideałem jest taka dziwna forma zawieszenia pomiędzy bylejakością, a kłótnią. Multum niedopowiedzeń, napięcia, nieporozumień. Wciąż się poznajemy, ale to co zaczynam dostrzegać nie podoba mi się wcale. Ja uciekam od takich ludzi "przyjaciół wszystkich". To rodzaj człowieka, którego ja nie potrafię znieść i zrozumieć. Nawet chyba nie próbuję bo to awykonalne. Jak można być tak fałszywym i lubianym przy tym? Nie rozumiem. Widzę w Nim cechy TKINCZa. Nie chcę tracić czasu bo wiem, że to robię. A jednocześnie widzę jak wiele ma cech mojego ideału, jak bardzo blisko niego jest i jak wiele ma cech innych, dodatnich o których nie śmiałam nigdy nawet marzyć. Doświadczenie pozwalające mu zrozumieć mnie bardziej. Nie potrafię myśleć o Nim w innej kategorii jak "Ideał". Po prostu wyśniony i wymarzony. Ale ta jedna cecha - przyjacielskość kosztem siebie samego - jest dla mnie nie do zaakceptowania. Ja jej nienawidzę. Najchętniej pozbawiłabym Go wszystkich tych cholernych znajomych. Wtedy mogłabym być z Nim szczęśliwa i już nic by mi nie przeszkadzało. Nawet ta odległość.

Czy ja mogę przez chwilę chociaż... czy ja mogę poczuć się jak dawniej, szczęśliwa?



26.02.2013, 22:30 | filozofie
pustostan

Zamykam oczy i nie widzę nic. Pustka i cisza. To mnie przeraża. Jeszcze kilka miesięcy temu pod moimi powiekami ukazywał się obraz kobiety sukcesu, zdolnej i ambitnej, odbierającej właśnie dyplom magistra. Widziałam też ludzi, z którymi nawiązywałam pozytywne kontakty. Widziałam to, o czym marzę. Byłam popularna i lubiana. A dzisiaj nie widzę kompletnie nic. Mam wrażenie, czuję, że nie chcę już żyć i mózg też to odbiera i nie przesyła mi już tych pięknych obrazków.

Szukam tej linki i paska od kilku miesięcy. Zastanawiam się jak to możliwe by pod 100 kg sprzączka od paska się nie urwała? Jak to możliwe by zwykły sznurek na pranie mógł udusić kogoś nie przerywając się? To możliwe?! I ta cholerna wizja. Że już dogorywam, już czuję jak ulatuję a tu nagle sprzączka czy linka nie wytrzymuje. Z niedotlenieniem trafiam do szpitala na obserwację, a później do psychiatryka. Ta wizja napawa mnie lękiem, bo albo się zabijać albo się nie wygłupiać. Nie zniosłabym zawieszenia. Nie zniosłabym bycia roślinką bez możliwości odłączenia mnie od aparatury. Nie zniosłabym plotek ludzi. Nie zniosłabym myśli, że będąc strasznym ciężarem dla rodziny stanę się jeszcze gorszą rodzinną zmorą. Ale znając moje szczęście własnie tak by się taka wesoła próba skończyła. Bo jestem głupią ciotą.