06.12.2012, 21:00 | rodzina
wigilijnie

Ciocia wraca na święta. - oświadczyła we wtorek mama.
I co kuzynka będzie? może mamy z nimi święta spędzać? - zapytałam.
no a jak wytłumaczysz wujkowi, że nie? - pyta mama.
Po prostu, powiem że z wrogiem przy stole nie siadam. On zrozumie - pewna siebie stwierdzam.
I znowu muszę słuchać tyrady jak to jestem nikczemna, bez serca, że to rodzinne święta, że nie szanuję tradycji, że rodzina się odwróci, wyklnie nas, że coś tam.
No to stawiam warunek.
Jak będzie D. to mnie nie będzie. - mówię.
Dobrze! krzyknęła za mną mama bo właśnie się zabrałam i wyszłam.

Dlaczego to ja mam się tłumaczyć z tego, że nie chcę spędzać świąt z kimś kto zrujnował mi życie? Dlaczego?

Pisałam Wam, że kuzynka mnie przeprosiła mnie za tamte wydarzenia. Owszem. Tego samego roku w święta. Z tym, że te przeprosiny nie były szczere, o czym przyszło mi się przekonać bardzo bardzo szybko. Mój brat miał w następnym roku Komunię Świętą. Kuzynka oczywiście była zaproszona. Wtedy jeszcze nie spodziewałam się, że z czymś mi wyskoczy... Siedziałam wtedy przy drugiej kuzynce, z którą przyjaźniłam się do 2010 roku. Nagle zagaja ta pierwsza. Byłyśmy już w liceum. Ona w tym najlepszym, ja w tym podrzędnym, męskim.
-U mnie w ****** jest taaaaaaaaaaaaak, że nauczyciele coś tam coś tam... - chwali się. - a u Ciebie w *** jak jest?- z widoczną pogardą.
-U mnie jest tak samo. - krótko.
I jeszcze kilka takich dissów po mnie robiła w ten dzień. Miałam na świadka tą drugą kuzynkę więc nie byłam sama.
W wigilię następnego roku miałam już mojego Byłego od ponad roku. To była trzecia klasa liceum. Poszłam na Wigilijną Kolację do babci. Jak co roku zresztą. Dzielenie się opłatkiem. Znienawidzona przeze mnie część całej kolacji. Już nawet to mlaskanie babki bym przeżyła. Podchodzi do mnie kuzynka i zaczyna się...
- życzę Ciiii... dobrze zdanej matury, no bo ja zdam najlepiej więc Ty nie możesz zdać równie dobrze.. tak na ... 70% Ci życzę, no i fajnego chłopaka jeżeli nie masz jeszcze bo mój jest zajebisty i boski więc najjlepszy już zajęty to chociaż miej tego fajnego, no i zdrowia Ci życzę też...
Moja mina wyrażała więcej niż tysiąc słów...
Po kolacji znów mnie zaczepiła pytając co robię na św Szczepana bo ona i jej zajebisty najlepszy we wszechświecie chłopak idą na imprezę gdzieś tam do super lokalu. No ja nie imprezuję (huhu przez nią!) więc co miałam powiedzieć? że nic, siedzę w domu.
Dodam jeszcze, że cały ten czas gdy jeszcze na wigilię chodziłam ja dostawałam krem na pryszcze i zdrapki z gazety na 200 złotych (uwaga, bo wygram!), a ona dostawała markowe swetry, buty, kurtki i wszystko co zajebiste. Jesteśmy rówieśniczkami, a ona od kilku lat na wszystkie święta przychodzi z chłopakiem, a ja nigdy nie dostałam nawet słownego zaproszenia by przyjść z moim Jedynym. Od zawsze była oczkiem w głowie całej rodzinki. Idealna kuzyneczka. Zawsze byłam śmieciem w rodzinie.

Od tamtej pory nie byłam na Wigilii. Pierwszego roku na studiach dlatego, że byłam świeżo po operacji. Drugiego roku bo się zbuntowałam i tak już co roku. Najpierw mama robi wigilię u nas, żeby spędzić ją ze mną bo chce byśmy wszyscy razem byli skoro jesteśmy rodziną, a później idzie z tatą i którymś z rodzeństwa do babci.
W zeszłym roku mama powiedziała w końcu babci dlaczego robię taki problem z wigilią i o co chodzi z tą kuzynką (bo ona oczywiście pokojowo jest do mnie nastawiona!). Na długo to nie wystarczyło bo w tym roku od nowa muszę tłumaczyć dlaczego jest tak, a nie inaczej. I już słyszę jej śmiech gdy mówię, że kończę studia w rodzinnym miasteczku a nie tak jak ona, najzajebistsza z zajebistych w Waaaarszawie (u mnie w Warszawie to jest taaaaaaaaaaaaaaaakkkk....! o_O). Nosz kurwa.

Bo ja, a i owszem, mogłabym się zgodzić na taką Wigilię. Ale to by się zakończyło tragicznie bo ja już się zmieniłam i nie pozwoliłabym się tak poniżać. Jak bym jej wyjebała wszystkie jej przewinienia i grzechy to tak żeby cały blok słyszał i żeby miała okazję od razu do rzucenia się z tego 3-go piętra. Zapłaciłaby mi za te wszystkie lata poniżeń. Ale po co? Lepiej z godnością po prostu jej unikać niż doprowadzić do jakichś niemiłych incydentów na Wigilii. Niech będzie dalej taka w chuj wielce idealna w oczach wszystkich.

Jeszcze się Święta nie zaczęły, a mam już ochotę wysiąść z tego pociągu.



11.12.2012, 21:30 | filozofie
nadzieję trzeba mieć

Po kolejnych kilku miesiącach myślenia mam nowy wzór na tatuaż. Idealny. Zobaczymy czy tatuażysta będzie w stanie sprostać mojemu projektowi, bo ten tym razem jest większy i zdecydowanie bardziej wymagający. Cieszę się, bo jestem bliżej celu niż jeszcze wczoraj. Ten będzie symbolizował nowy etap w życiu, a zrobię go po obronie pracy licencjackiej.
Nie o tym miało być.

Miałam mieć dzisiaj wizytę u endokrynolog, a tymczasem została przełożona o kilka dni i znów muszę czekać na wyrok. Wyniki wyszły dobrze. W normie. Po tej 4 miesięcznej kuracji. Szkoda tylko, że tłuszcz został. Z tym będziemy walczyć innymi sposobami. Dieta 3D Chilli, tabletki, rowerek i ostry trening. Schudnę, bo mam po co.

Po kogo. Ja wiem, że nie ma iskierek, że jestem na straconej pozycji, że nic nie będzie, że życie jest do dupy, że nie mam szans, że nikt nigdy mnie nie zechce. Wiem. Ale właściwie nie przyjmuję tego do wiadomości. Udowodnię sobie samej i innym, że się mylą. Schudnę, popracuję nad charakterem, postaram się nie przeklinać (na początek może ograniczę), więcej spędzać czasu z ludźmi i nauczyć się doceniać drobiazgi. Nauczyć się kochać życie jakie mam. Bo niektórzy mi zazdroszczą. Pieniędzy, pozycji, charakteru, siły. Nie wiem. Nie ważne. Nauczę się to doceniać.
Walczę o siebie samą, ale nie ukrywam, że kryje się za tym Ten Którego Imienia...

A z TKINCZem... porażka. Na dobrą sprawę mega dno i wodorosty. Postawił mnie w mało komfortowej sytuacji bycia między młotem a kowadłem. Nie wiem co zrobić. Czy być dobrem duszkiem ubranym w gruboskórny pancerz chamskiej i wrednej zołzy, czy też patrzeć jak ktoś cierpi i męczy się bez dostępu do powietrza? Lepsza jest gorzka prawda czy słodkie kłamstwo?