04.11.2016, 17:08 | kariera
nauczycielka

Od 3 h ślęczę nad pracą doktorską i ją sprawdzam. Cudzą. W ramach seminarium mamy przedstawiać kolejne części prac, wysyłać je wcześniej członkom i omawiać. Siedzę, poprawiam stylistycznie i... i zastanawiam się czy ja naprawdę całe życie chcę to robić?! Chcę pokazywać palcem "tu jest źle" i dopisywać "co autor miał na myśli?" w zawiłych zwrotach? Boże, takie życie mnie czeka?! 

I nie wiem :(

Zawsze myślałam, że zawód nauczyciela jest świetną sprawą. 2 miesięczne wakacje, ferie, obcowanie z dziećmi i odpowiedzialność za to jakimi wzorcami będą się one kierować. Tak samo jest w szkołach wyższych. Ale takie postrzeganie jest błędne, bo jako doktorantka mam od groma obowiązków by w ogóle mieć prawo podejść do obrony, a później z roku na rok tylko gorzej. Nie podoba mi się! 




05.11.2016, 20:32 | miłość
dekada

10 lat temu, dn. 5 listopada 2006 roku na parkingu pod domem uśmiechnęłam się po raz pierwszy ściskając dłoń Jedynemu.

Mój były związek trwał z przerwami przez 5 lat, a jego koniec datuję na 25 grudnia 2011. Dziś, mój Jedyny partner życiowy ma żonę i dziecko. I właśnie dziś spotkaliśmy się po raz pierwszy od... 3.5 roku? Bywam u niego w miasteczku stosunkowo często bo przejeżdżam za każdym razem jadąc na zajęcia. Zawsze się boję, że na niego wpadnę, ale nigdy nic takiego się nie stało. Naprawdę ze 3.5-4lata temu widzieliśmy się też przez przypadek w sklepie właśnie. 10 lat, a dzisiaj gdy zobaczyłam go w drzwiach sklepu gdy wchodził z jakimś dzieckiem ok 3letnim spanikowałam i powiedziałam, że ja nie pójdę. Poszedł sam TataTrefl, któremu Jedyny kulturalnie powiedział "dzień dobry". Mój tata wrócił do samochodu wcześniej, i gdy za nim wyszedł mój były od razu rzucił spojrzenie w naszą stronę i nasze spojrzenia skrzyżowały się pierwszy raz od tak wielu lat. Tak samo, jak te 10 lat temu. 

10 lat. 10 lat. Cholernie długo. 10 długich lat. 

Nie pałam do niego gniewem, nie mam poczucia rozczarowania, nie mam żalu, nie kocham go, nie tęsknię. Jest tak ważną dla mnie osobą, która wiele rzeczy mnie nauczyła (czasami niechcący), która poświęciła mi wiele lat swojego życia podobnie jak ja jemu. Myślę, że jestem już bardzo daleko od złości i nienawiści, choć na początku kierowałam takie odczucia w jego stronę. Zawsze go pilnuję, zaglądam kilka razy w roku na jego profile społecznościowe i sprawdzam czy żyje i ma się dobrze. Uważam, że po tylu wspólnych latach jest to mój obowiązek, a na pewno uprzejmy gest, którym oddaje mu w pewnym rodzaju szacunek. To dzisiejsze spojrzenie pokazało, że chyba też kieruje w moją stronę raczej dobre myśli. Mam nadzieję, że tak jest. Bardzo mi na nim zależało i do dziś wspominam ten chory związek trochę jednak z setymentem.

Życzę mu szczęścia na nowej drodze życia, spełniania się w roli męża i ojca. Naprawdę i szczerze. 




07.11.2016, 14:13 | miłość
do tanga trzeba dwojga

No i poznałam Pana Przystojnego. Nawet zostaliśmy sobie przedstawieni. Potwierdziły się jednocześnie moje przypuszczenia (ach te zajęcia z języka ciała, takie przydatne!), iż podoba mu się moja koleżanka, nie ja. Gdy siedziałam obok niej i on rozmawiał tylko z nią... a później jakiś obcy przypadkowy koleś postawił jej piwo zareagował słowami "no nie, wyprzedziłeś mnie". No przykro mi się wtedy zrobiło i to już baaaaaardzo, BARDZO. Ja zostałam "skomplementowana" przez obleśnego dziada 50-paro letniego, klienta mojego Taty. Także tak, mną się interesują "od biedy" nieruchawi obleśni dziadkowie leśni, a nią cały świat. OSTATNI, KURWA, RAZ WYSZŁAM Z NIĄ NA MIASTO. A między nią a Panem Przystojnym na bank coś będzie bo i ona go trochę kokietowała, a jak Wam pisałam jej sensem życia jest poszukiwanie partnera i założenie rodziny. Brawo. BRAWO, kurwa. 

Wróciłam do domu spłakałam się i wkurwiłam jeszcze bardziej. Nie na to, że koleś ją wyrywa, kompletnie nie. Tylko dlatego, że tak bardzo nienawidzę swojego ciała... i życia. 




09.11.2016, 17:45 | ja/moje
Szczęśliwy 2016 rok

Ten rok należy do mnie :) Udało mi się absolutnie wszystko. Na liście znajduje się jeszcze tylko nowy tatuaż. I będzie! :)



12.11.2016, 15:12 | przyjaźń
mistrzowie kierownicy

Kiedyś miałam bloga na Pinger.pl, pewnie większość z Was kojarzy tę platformę. Już kilka ładnych lat temu uciekłam bo się cały czas coś bugowało. Poznałam tam wiele dziewczyn, które mam cały czas wśród znajomych na FB. Nie rozmawiamy już od lat, ale obserwują moje poczynania w okresie zbiórki, kibicują mi, komentują i motywują do dalszego działań.
Gdy robiłam prawko jedna z nich przyznała się, że od 2 lat walczy z prawkiem, ale jest takim cieniasem, że nie jest w stanie ze strachu nawet do kolejnego egzaminu podejść. Moja historia zmobilizowała ją i odważyła się podejść ponownie i dokończyć projekt "prawo jazdy". Zdała za uhuhuhuuuuuuu późnym razem, co moim zdaniem pokazuje że kierowcą jest bardzo przeciętnym, jeżeli nie chcę jej bardzo obrażać. Zaciekawiła mnie tymi komentarzami i zerknęłam do niej na bloga. Okazało się, że nadal go prowadzi, tyle już lat na tej samej platformie. Podziwiam za wytrwałość. Zostałam postawiona za przykład, że mimo trudniejszego startu to ja sobie poradziłam w 2 miesiące, a ona została w tyle i jest tym zażenowana. Po czym zerknęłam w komentarze, a tam "twoja koleżanka nie potrafi jeździć tylko zdać egzamin, jak wyjedzie na drogę to okaże się ze jeździć nie potrafi. Ty jeździłaś o 35h więcej bo za każdym razem na egzaminie plus cały kurs drugi raz". Nie no, rozjebało mnie to. Jasne, nie potrafię jeździć tak dobrze jak wieloletni kierowca, który w wielu sytuacjach dziwnych poradził sobie i zna zasadzki drogowe. Ale obrażanie mnie pod tym kątem to już naprawdę bezczelność. A ona teraz na pewno potrafi jeździć bo przez 60h jeździła z gościem, który za nią hamował. BRAWO! Mistrz, kurwa, kierownicy. Jak można moim kosztem pocieszać drugą osobę, która o swoich umiejętnościach sama poświadczyła właśnie robiąc drugi raz cały kurs bo stres ją paraliżował i nie była w stanie nawet podejść do egzaminu i spróbować. Zdała egzamin za n-tym razem może z tydzień czy dwa temu. Dziś już wstawia foty zza kółka. 

Zaczęłam już nawet jej pisać komentarz, ale zdecydowałam się go jej nie pisać tylko tutaj wstawić:

Widzisz, zazdrościłaś mi zdania prawka za pierwszym razem po 2 miesiącach kursu. TY zdałaś tydzień czy dwa temu, a już jeździsz. Ja nie zobaczę auta i kierownicy jeszcze co najmniej rok i jestem bez szans by w ogóle dotknąć kierownicy zanim kupie SWOJE auto bo muszę je mieć specjalnie dostosowane. Czy warto było tak zazdrościć i mnie stawiać za przykład skoro to właśnie TY jesteś teraz zwycięzcą, a ja muszę patrzeć na takie zdjęcia i cierpieć, że muszę sama uciułać kasę na auto a nawet jak ciężko będę na nie tyrała to na FB zostanę opluta bo "na protezę nie mam, a na auto mam. Złodziejka" i inne super extra wymarzone moje komplementy za to ile z siebie dawałam ;) 

No nie powiem, wkurwiam się bo ja się od czerwca ślinie do samochodów, swoje odłożone pieniądze oddałam na naprawdę auta rodziców, którego nawet ja nie rozbiłam. Ja nie mam ani grosika przy dupsku na ten moment. Ja muszę mieć swoje auto, nie mogę tak jak ona wsiąść tydzień po egzaminie i próbować nawet pod okiem rodziców. I to jest takie mega fajne, że mi tego zazdrościła? Odrzuca mnie to, że obrobiła mi dupę u siebie na blogu myśląc, że ja się o tym nie dowiem, oooops?! No czemu ja zawsze trafiam na takich ludzi żenujących. Serio. Chciałabym być zdrowa i nie doświadczać takich chamskich przytyk pt "mimo braku nogi ona coś tam zrobiła". Zacznijcie mnie na litość boska traktować normalnie?!




16.11.2016, 18:05 | kariera
nowe wyzwania, stare znajomości

Pracuję w jednym dziale z moim Byłym, Jedynym. Tym od 5 letniego pato związku, 10 letniej znajomości. Biurko w biurko, komputer w komputer. Nie wiedziałam...
Kurwa, losie, czemu sobie tak ze mnie kpisz?




18.11.2016, 23:32 | kariera
praca wzbogaca

Dzisiejszą noc przepłakałam. 

Naprawdę jestem w tak chorym położeniu teraz, że jedna chwila załamania i po mnie. Nie mam na myśli tylko relacji z Byłym, choć oczywiście jest to największy powód mojego niezadowolenia. Nie mogę pogodzić pracy ze studiami tak jakbym tego chciała, nie wiem czy nie będę postawiona przed koniecznością rezygnacji z jednej z tych szans. Moje zdrowie coraz bardziej uniemożliwia mi zwyczajne, codzienne funkcjonowanie i tak naprawdę jestem na skraju wyczerpania psychicznego i fizycznego. Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie w ciągu najbliższego roku będę musiała poddać się kolejnej operacji, którą miałam nadzieję mieć za sobą już na wiosnę, lecz te studia i praca mi w tym przeszkodziły. Naprawdę jest mi ciężko, a nie mogę na nikim polegać poza sobą. 

Mobilizuje mnie tylko myśl, że oto właśnie spełni się coś czego nie brałam w ogóle pod uwagę i SAMA sobie kupię auto i SAMA będę je użytkowała. Gdy zdawałam prawko miałam nadzieję, że opłacę tylko jego część, a resztę (80-90% kosztów) pokryje mój Tata. No niestety... Gdy sama sobie zarobie na to marzenie wbiję szpilę rodzeństwu i skończy się gadanie, że "mnie się należy" i Tata by dom pod zastaw postawił aby tylko spełnić moje fantazje. Otóż nie. Cieszę się, nawet bardzo, że taki jest obrót spraw, i po 3 miesięcznym okresie próbnym będę mogła brykać do pracy sama, nie patrząc na nikogo. Napawa mnie to dumą i wiem, że osiągnęłam w tym roku znacznie więcej niż bym chciała.

Zastanawiam się czy dam radę psychicznie znosić jego zachowanie. Niewiele się zmienił i nadal uwłacza mi przy każdej możliwej okazji, z tym że teraz robi to przy ludziach. Publicznie mnie chłosta poprzez słabe teksty typu "tylko tamtego czerwonego X nie klikaj bo Ci sie komputer zepsuje". Nie wytrzymam i mu przypierdolę, serio. On jest informatykiem, włamywał mi się na blogi, pocztę... wszystko. Dzięki niemu nauczyłam się trochę hackować, początkowo by się przed nim bronić, a później by z tej wiedzy korzystać. Robi ze mnie przy tych ludziach debila, blondynkę, która nawet podstawowej obsługi Worda nie zna. Chłopczyku, ja studiowałam na studiach INŻYNIERSKICH informatycznych, miałam perfekcyjnego nauczyciela w Twojej osobie więc jak zapomniałeś jak to między nami było z tym łamaniem haseł - spoko kotku, przypomnę Ci. Jeżeli tak bardzo o to prosisz.... 
Tak, przyznał się do mnie gdy mnie przedstawiano zespołowi. Zabawna historia, zapamiętam jego minę i swój zimny pot na plecach... pewnie do końca swoich dni. Skurwiel wiedział już tydzień wcześniej, czyli wtedy gdy widzieliśmy się pod sklepem. Kumacie? Ja, niczego nieświadoma, złożyłam CV u samego szatana. Nie miałam pojęcia, że on w ogóle w tej firmie jeszcze pracuje, a już ten dział w ogóle nie przystaje do jego dotychczasowych funkcji. Kompletnie. Gdy dostałam pracę cieszyłam się nią bardzo, naprawdę. Wątpię by ktokolwiek tak dobrze trafił w pierwszej pracy. A On wszystko to rozjebał w drobny mak. I ja już nie wiem czy chcę tam pracować w ogóle. Nawet teraz, na okresie próbnym. Ciągle na moich ustach czuje zdanie "nie chcę tu być". Ma gorzki smak rozczarowania, zdziwienia i rozgoryczenia.

Jestem tak wkurwiona i zestresowana jego obecnością, że po tych 8h marzę by się rzucić z tego 2go piętra i umrzeć. Wracam jednak do domu i tonę w pościeli gdzie szukam chyba jakiegoś ukojenia. Tak wiele bym dała za możliwość rozmowy z kimkolwiek o tej pracy, o Nim, o wszystkich rozterkach. Ale moja "przyjaciółka" od pamiętnego wyjścia do baru nie daje znaku życia. Ja zresztą też nie bo obiecałam sobie, że to definitywny koniec przyjaźni, znajomą na pewno pozostanie. Ale do siebie już się zbliżyć nie pozwolę. 




21.11.2016, 22:18 | miłość
nic do dodania

Czekam na Oscara bo życiową rolę zimnej suki gram profesjonalnie. 


.




24.11.2016, 19:25 | przyjaźń
rilejszynszips

Brakuje mi Ciebie, TKINCZ. Tak cholernie bardzo. A teraz jeszcze bardziej. 



27.11.2016, 22:25 | przyjaźń
ludzie ludziska

Widziałam się ostatnio z moją 'przyjaciółką'. W tym nieszczęsnym barze spotkałam koleżankę z pracy, która zapytała jak się miewam i jak mi się podoba w pracy. No to wtopa, bo nie zdążyłam powiedzieć kumpeli, że pracuję. Znowu o największych zmianach w życiu dowiedziała się od kogoś innego. Mówiłabym jej pewnie o takich rzeczach gdyby mnie zapytała co nowego, ale nigdy tego nie robi. Albo pyta, ale po moim 1 zdaniu znowu wraca do ckliwych opowieści pt "jak to ją były kopnął w dupę i jak to jej idzie chujowo szukanie nikogo". No jak będziesz biegała z językiem na brodzie to taka rozpacz skończy się łzami, smutkiem i porzuceniem bo... facet zobaczy, że jesteś tak nagrzana to się pobawi i zostawi. ZAWSZE TAK JEST. Niech robi co chce, bo moje argumenty do niej nie przemawiają.

Ucieka mi ta przyjaźń jednymi drzwiami, a drugimi próbuje wrócić druga. Kolega internetowy, z którym przegadałam pewnie z 1.5 roku albo i 2 lata nagle sobie o mnie przypomniał. Rok temu fest się pożarliśmy bo ma podobny stosunek do kobiet jak moja psiapsiółeczka, każdą postrzega jako obiekt westchnień... Powiedziałam, że nie wyjdzie przy kolejnej jego wielkiej love. Znamy się tak dobrze, że wiem co ma szanse, a co nie. Uczucie podszyte rozpaczliwym wołaniem o akceptację NIGDY nie przetrwa. Denerwuje mnie to pewnie dlatego, że sama tak do tego podchodziłam ale od roku się z tego leczę i nie chcę się otaczać takimi ludźmi, którzy prowokują do dania kroku wstecz. Kolega od kilku dni lajkuje moje insta foty, a ja nie wiem co mam zrobić bo nie chcę wracać do tego co było. Ja poszłam do przodu, spełniała marzenia i zmieniłam swoje życie. Jak widac nie potrzebuję do tego ludzi...

Skłamałam. Potrzebuję ale nie tych, którzy się odzywają. Cholernie brakuje mi TKINCZa, który był moim najlepszym przyjacielem. Tęsknię za jego żartami, wygłupami, naszymi porozumiewawczymi spojrzeniami, flirtem i wszystkim. Bardzo bym chciała wrócić do tamtych czasów, w których ciągle się śmiałam dzięki niemu. Kurde! Chcę by znowu był w moim życiu. Ja kiedyś. By mnie rozśmieszał i rozumiał.

A tymczasem walczę z życiem jak dotychczas i nie dam się sprowadzić do parteru. Poradzę sobie, bo zawsze sobie radziłam. Wiem, że jeszcze wiele dobrych rzeczy przede mną, nawet jeżeli lista marzeń coraz krótsza :)