28.11.2014, 20:00 | filozofie
Jakie są dzisiejsze związki?

Jak wyglądają prawdziwe związki? Jak wyglądają Wasze? Jak często się spotykacie ze swoimi połówkami a może już mieszkacie razem od jakiegoś czasu?

Zawsze miałam w sobie przekonanie, że związki są budowane na uczuciach, na miłości, zaufaniu, troszkę przyjaźni, akceptacji, chęci robienia czegoś wspólnie, spędzania ze sobą czasu, na uśmiechach rzucanych ukradkiem i śmiechu wprost. Związki utożsamiałam z absolutnym chłonięciem drugiej osoby wszystkimi zmysłami, jednocześnie pozostawianie jej przestrzeni na samorealizację i swoje hobby.

Mój związek z Byłym był dziwny, skrajnie odmienny od "zwyczajnych, prawdziwych związków". Mało czułości, zerowa przyjaźń, akceptacja poniżej zera, uśmiech rzadko nam towarzyszył. Ale widywaliśmy się bardzo często. Niemal codziennie. Mieliśmy swoich znajomych, nigdy nie spotykaliśmy się w towarzystwie. Byliśmy związkiem dla siebie, bez widowni. Lubiłam to i nienawidziłam. Odczuwałam czasami pragnienie pochwalenia się związkiem, Byłym, przed światem. Nie mieliśmy ani jednego wspólnego zdjęcia, a byliśmy ze sobą przecież 5lat. Czasami chciałam mieć normalny związek. Taki jak miały moje koleżanki, w których facet zostawał na noc czy po kilku latach proponował wspólne mieszkanie. U mnie nic takiego nie miało miejsca. Chociaż często wychodziliśmy na spacery, do kina, na pizzę to wciąż odczuwałam jego trochę frustrację, że ze mną się spotyka, przekonanie, że stać go na kogoś lepszego. Nigdy nie poznałam też jego rodziców. Nawet nie wiem czy wiedzieli jak mam na imię. Bywałam u niego, sporadycznie wprawdzie ale bywałam. Mamę widziałam raz, taty nigdy. Bardzo mnie to bolało w późniejszym okresie. Gdy dorastałam do roli partnerki, a nie tylko dziewczyny, pojawiło się to smutne przeświadczenie, że nie jest to związek marzeń i należy zaprzestać spotkań. I tak też się stało.

Relacja z Królem (bo wciąż związkiem ciężko to nazwać) opiera się za to na kumpelstwie, przyjaźni i ograniczonym zaufaniu. Spotykamy się raz w tygodniu, albo rzadziej. Jak tylko mości Król znajdzie czas na swoją Damę. Mimo spotkań od 15miesięcy nie mamy ani jednego zdjęcia, nie znam jego znajomych ani on moich. Nie wychodzimy w sumie nigdzie. Zawsze siedzimy tylko u mnie. Mamie usilnie wmawia, że jestem koleżanką. Nie ma praktycznie w ogóle czułości, jedynie buziaczki na do widzenia. Smsy sporadyczne, telefon jeszcze rzadsze. Potrafi nie pisać tydzień, dwa, więcej. Nie widzi w tym nic złego, taki układ mu pasuje. Nie mogę się pochwalić związkiem bo w nim nawet nie jestem. Lubimy się, lubimy spędzać ze sobą czas. Ale to wciąż spotkania koleżeńskie z delikatnymi wstawkami związku i wyznaniami "zależy mi" "bardzo Cię lubię Damo" "nie chcę kończyć znajomości". Nie widzę by w perspektywie kilku lat miał w planach mieć rodzinę, zamieszkać z kimś czy budować coś trwałego. Wspólne mieszkanie wydaje mi się czymś abstrakcyjnym w jego wykonaniu. Czy powinnam naciskać na częstsze spotkania czy dać mu się mamić latami, po czym i tak kopnie mnie w dupę? Jak i czy w ogóle warto go zmienić? Czy może to ja się mylę?
I boję się. Tak okrutnie się boję, że to wszystko zmierza do powtórki z tego co już znam aż za dobrze. Boję się tkwienia w wyimaginowanym związku, który związkiem był tylko z mojej perspektywy bo druga osoba po prostu miło spędzała czas bez angażowania się.

Były zszargał moje poczucie wartości. Zdeptał je słowami "Ty umiesz robić zdjęcia?!" "Ty w ogóle umiesz coś malować?!" "Tamta ładne nogi miała" "spasłaś się ostatnio" "inne nie narzekały" i lajkując profile na fb "długie tory to i stacja musi być zajebista". Zawsze mnie poniżał, wstydził się mnie i chował przed światem. Czułam się gorsza od każdej dziewczyny jaką mijaliśmy na ulicy. Czuję się tak do dzisiaj. Marzę o związku, który odbuduje to przekonanie, że jednak jestem coś warta, może trochę atrakcyjna fizycznie, pociągająca intelektualnie i podniecająca seksualnie. Po prostu chciałabym czuć się jak kobieta.

Widzę kilkaset bukietów kwiatów u znajomych. Na miesięcznice, rocznice, na urodziny, imieniny, bez okazji. Widzę prezenty. Widzę zmiany statusu związku na zaręczona czy zawarła związek małżeński. Obserwuję jak u znajomych czas idzie do przodu, a u mnie stoi w miejscu bo wciąż mam ten życiowy niefart i bardzo źle trafiam, jeżeli o mężczyzn chodzi.

Zaczynam widzieć winę w sobie i dostrzegać prawdę, że niepełnosprawna kobieta, której brakuje jakiejś "szyny kolejowej" wcale nie ma super stacji, nie jest atrakcyjna w żaden sposób bo cóż z intelektu skoro nie da się z kimś rozmawiać z zamkniętymi oczami? Może przestać się oszukiwać, zacząć radzić sobie sama i nie oglądać się na związki. Widocznie, nie jestem do nich stworzona. To wszystko determinuje moje postrzeganie siebie jako najgorszej niedojdy życiowej, porażki. I tak strasznie mnie to dotyka. Bo jestem perfekcjonistką, pragnę bycia doskonałą. Dokładam wszelkich starań by być naprawdę kimś wartościowym, wyjątkowym, dobrym. Szkoda, że czasami nawet ja tego w sobie nie dostrzegam, a co mówić inni.



30.11.2014, 23:30 | filozofie
Werterzy - jak uniknąć zatopienia?

Zaskakujące, jacy ludzie chodzą po tym świecie. Zawsze przyglądałam się z zazdrością optymistom, których z miejsca się lubi bo zarażają dobrą aurą. Potrafią dać kilka promyków słońca nawet w najgorszy pochmurny dzień naszego życia. Ja nigdy nie należałam do tej grupy ludzi. Zawsze byłam smutasem, który zamykał się w swoim świecie i izolował od innych. Nie jestem duszą towarzystwa, chociaż wiele ludzi myśli, że lubię być w centrum uwagi. Nie lubię.
Poznając innych ludzi, często tutaj w sieci, mam dostęp do przekroju społeczeństwa jakiego normalnie bym nie miała z racji mojej introwertycznej osobowości. Poznaję ludzi, których cechy są czasami odzwierciedleniem moich części składowych.

Ludzi, których chciałabym opisać to osoby od których należy uciekać bez oglądania się za siebie. Maja niebywałą zdolność zatruwania innym życia, maltretowania ich swoją marną psychiką, to osoby tak dennej osobowości, że przechodzi to ludzkie pojęcie. Mam nieprzyjemność znać takich ogrom bo sama niejednokrotnie wykazuję ich cechy. Kobieta, która ma już swoje lata ale nie potrafi ogarnąć swojego życia na tyle by zaakceptować siebie. Bezrobotna, gruba, niska, brzydka, beznadziejna - tak opisuje siebie. Maltretuje siebie i nas, czytelników, dostrzeganiem w sobie tylko tych wad, warstw tłuszczu, fałd na brzuchu, cellulitu. Przekonuje samą siebie, że jest okazem porażki. Po czym pojawia się opis seksualnej orgii z jakimś facetem. Kolejny po kilku miesiącach. I zastanawiam się, czy osoba która autentycznie uważa się za grubą i obleśną byłaby w stanie tak swobodnie się przed kimś otworzyć, rozebrać, dać dotknąć. Robi to bezwiednie, może próbując sobie samej udowodnić, że chociaż jest gruba (jak twierdzi) to nadal atrakcyjna? Mnie się jednak wydaję, że to taka osobowość. Jest współczesnym Werterem. Przyjemność w życiu osiąga tylko dobijając się epitetami jakie już przytaczałam. Ma niebywałą zdolność do zamieniania dobrych rzeczy w swoje osobiste piekło. Bo seks można uprawiać nawet z przypadkowymi ludźmi. Oczywiście. Ale taki typ wybierze sobie kogoś skrajnie nieodpowiedniego, albo 15letniego albo starego. W jednym i drugim przypadku zakrawa to o horror dla odbiorcy. Ale ta osoba nie umie żyć normalnie, mieć normalnych priorytetów, nie potrafiłaby funkcjonować w normalnych relacjach więc szuka zakazanych. Mogłaby też uprawiać seks myśląc głową, a nie cipką. Ale tego też nie robi nie zabezpieczając się. Później oczywiście płacze, udaje panikę przed ciążą. Ba! Potrafi tak sobie ją wkręcić, że funkcjonuje przez wiele tygodni ze świadomością posiadania dziecka, którego nie ma! Wg mnie to próba zwrócenia na siebie uwagi, bo tak lubi. Lubi świadomie pieprzyć swoje życie. Nie stara się nawet niczego w sobie zmienić. Pławi się w swoich nieszczęściach wciągając w to innych. Domniemanego ojca wyimaginowanego dziecka, który kończy gimnazjum albo za chwilę przejdzie na emeryturę. Czytelników robiąc im z mózgu wodę, kłamiąc i oszukując w poprzednich wpisach których jednak czytelnicy nie zapominają ("jestem bezpłodna przez chorobę, o ja biedna nigdy nie będę miała dzieci ;(" kilka mies później "nie uważał, chyba mogę być w ciąży" tak tak, a śliwki na wierzbie rosną). Próbują wynagradzać sobie swoje porażkowe jestestwo niszcząc życie innym, depcząc im psychikę i dobrze się przy tym bawiąc. Takie femme fatale obejmujące zgubę nie tylko płci przeciwnej ale wszystkich: rodziny, przyjaciół (o ile mają, najczęściej nie bo kto chciałby marnować czas dla takiej osoby) czy otoczenia bliżej niespokrewnionego.

Mężczyźni też zdradzają takie cechy. To maminsynki, którzy próbując oderwać się od maminej spódnicy popełniają błąd za błędem, zwłaszcza w kontaktach z kobietami. Swoje frustracje wyładowują na otoczeniu obwiniając wszystko i wszystkich, głównie kobiety i cywilizacyjne zmiany. Katują się psychicznie, tak jak kobiety. Nie chcę jednak wkraczać w temat bo może rozwinę go przy innej okazji.

Czy zatem powinniśmy lgnąć do takich osób, dawać się wplątywać w ich paranoje, pajęczyny niepowodzeń? Łudzić się, że się zmienią i próbować im pomagać? Nie. Pomóc im może (w co też wątpię) specjalista z zakresu psychiatrii, bo już nawet nie psychologii. Powinniśmy szybko dostrzec te kilka cech świadczących o takiej osobowości (ciągłe narzekanie, przekręcanie pozytywnych rzeczy w problemy na skalę światową, komplikowanie sobie życia na siłę) i eliminować je ze swojego otoczenia. Jeżeli, tak jak ja, dostrzegamy w sobie kilka takich cech ale i promyków nadziei na możliwość zmiany siebie to zacznijmy te zmiany od dzisiaj bo któregoś dnia będziemy 30letnią kobietą, która siedzi na sedesie z testem ciążowym i modli się o ciążę z tym 50letnim sczerstwiałym piernikiem, bo życie byłoby zbyt piękne i zbyt łatwe bez komplikacji jakie same sobie zagwarantujemy.
Zacznijmy uwalniać się od cech jakie nas ciągną w dół, czy to cech w naszym charakterze czy cudzym. Leczmy swój mały świat, bo wielki możemy zmienić zaczynając od nas samych :)