05.11.2012, 23:30 | przyjaźń
sekcja na żywym trupie

Pamiętacie moje przeboje z czasów gimnazjum? Rozmawiałam całe niedzielne popołudnie z koleżanką z tamtych czasów. Pomagała mi poukładać wszystko, pozamykać przeszłość, rozjaśnić ją poniekąd również. Ciesze się, że po tylu latach stać nas na szczerość w tej kwestii.
Niektóre z wiadomości wkleję po niewielkim tuningu imion osób zamieszanych w tą sytuację.

"z mojej perspektywy patrząc to wyglądało tak, ze był na Ciebie atak z niewiadomego mi powodu, ale ze zostałam wciągnięta do tego mimochodem, bo przecież kiedyś się kolegowałyśmy i On przecież o tym wiedział, to i ja brałam w tym wszystkim udział z czego nie jest wcale mi do śmiechu. Sytuacja w gimnazjum to znaczy w 3 klasie bo chyba to wtedy to wszystko było, to chora sytuacja. Nagonka była bo przecież kto niby w wieku 15 czy 16 lat ( na tamte czasy) nie mogło się zdarzyć ze niby dziewczyna spała z jakimś chłopakiem. A ze trafił się to akurat Tobie ( no wiesz o co mi chodzi, że masz problemy ze zdrowiem a dokładniej z tą noga) dla mnie to nie był żaden powód żeby tak Cię traktować, ale nie mówię ze nie było też i mojego udziału w całym upokarzaniu Ciebie :( z czego jest mi smutno i czasami powracają te myśli, że jak mogłam się tak zachowywać, ale człowiek głupi był i tyle, co tu mówić więcej."
"a Wychowawczyni wpadła do klasy, powiedziała ze naskarżyłaś na nas i nie powiem ale każdy był wkurwiony jak nie wiadomo co, opowiedziałaś jej o tych karteczkach o tym co tam napisaliśmy i zaczęła nam robić kazanie ze nie spodziewała się po nas takiego czegoś, że ją zawiedliśmy, taka wspaniała klasa, ze jakbyśmy się czuli na twoim miejscu, najlepsi koledzy i koleżanki potraktowaliśmy Cię jak intruza, ze czym sobie na to zasłużyłaś, że zgnietliśmy Cię jak karalucha, który nie jest nam do niczego potrzebny, w sumie dała nam dobra nauczkę bo słowa jej strasznie bolały, mi się nawet na nią patrzeć nie chciało, bo wszystko co mówiła to akurat prawda
no i wyszła z klasy, bardzo niezadowolona a my zaczęliśmy dyskutować wiadomo, ze po co poszłaś się poskarżyłaś, to sprawa nasza a nie jej
i temat się zakończył"
"wcale mnie nie interesowało kto z kim śpi czy spał bo to nie moja sprawa, każdy niech się mierzy własna miara, ale wtedy człowiek i wierzył, szkoda ze nie mogłam z Tobą wtedy o tym pogadać i wierzyć Tobie a nie jakiemuś typowi co się wkradł miedzy nas wszystkich i okazał się nic nie wartym typem"

Fragment z moich wypocin:
"Doceniam, że to dla mnie napisałaś :) to dla mnie ważna sprawa i wiele razy próbowałam się przeprosić i ugiąć i poprosić o wyjaśnienie ale... mijały dni i miesiące, a odwagi nie przybywało. Dopiero teraz jak zobaczyłam Cie pracującą na uczelni, po tylu latach... stwierdziłam ze może warto bo po co trzymać to dalej i się maltretować niedopowiedzeniami.
Nigdy nie widziałam Twojej winy w tym wszystkim. Miałam tylko żal że trzymasz stronę takiego dupka, mimo że wydawało mi się ze znamy się tak dobrze, ze nie uwierzyłabyś ze moglabym byc taką suką by włazić do łóżka po 2 tygodniach spotykania sie... niewiarygodne bylo dla mnie to, ze po prostu bylam taka naiwna ze myślałam ze sie znamy a jak przyszła taka sytuacja to wszystkie najbliższe mi osoby stanęły po przeciwnej stronie i nawet nie chciały mnie wysłuchać... było mi po prostu przykro. I nic więcej."

Uważam ten rozdział z życia za zamknięty z dniem 4.11.2012 r.

Kolejny rozdział - związku z Jedynym zamykam dzisiaj, w dniu rocznicy 6 lat od pierwszego spotkania.

Przyznam się szczerze, że cały niedzielny wieczór przeryczałam, bo chciałam się powiesić na skórzanym pasku taty tej nocy, z wczoraj na dziś. Płakałam bo tak bardzo bardzo chciałam to zrobić i tak dobrze wiedziałam, że nie dam rady. Nie dam rady psychicznie tego zrobić. Jaka jestem żałosna. Podziwiam tych, którzy przezwyciężyli ten przeogarniający strach. Ja nie byłam w stanie. Gdy skulona pod kołdrą leżałam i zaciskałam oczy z przerażenia na myśl o tym co muszę i co chcę zrobić przypomniały mi się wszystkie piękne chwile, które związane były z Jedynym, z rodzeństwem, ze znajomymi ze studiów, z TKINCZem i nawet szkoła podstawowa mi się przypomniała. Wszystko, co kiedykolwiek stanowiło dla mnie jakąś wartość. Przyjaźń, miłość, szczęście, poczucie wartości. I tak bardzo bardzo przestraszyłam się, że nie będę mogła o tym wspomnieć. I przypomniał mi się piątkowy wieczór, który spędziłam w towarzystwie nowego znajomego. I pomyślałam, że jestem ciekawa co z tego wyjdzie. Nie chciałam umierać. Dotarła do mnie taka myśl, że nie chcę umierać teraz.



12.11.2012, 21:30 | filozofie
nicość

Żyję żyję. Jakoś.

Jutro jest mój Wielki Dzień. Pierwszy raz organizuję coś o takiej randze, ale czas się przyzwyczajać bo to część mojego wymarzonego zawodu. 3majcie kciuki.

Z TKINCZem bardzo bardzo obojętnie. Ale przecież właśnie tego chciałam więc nie marudzę, zauważam jedynie fakt ochłodzenia się stosunków. Podobnie zresztą sprawy się mają odnośnie wszystkich mężczyzn jacy się kręcili gdzieś w niedalekiej mojej przestrzeni. Szkoda, że nie potrafię nikogo przy sobie utrzymać.. na dłużej. A chwilowe znajomości już dawno przestały mnie interesować. Zdarza się, że myślę o Jedynym ale nie ma już uczuć we mnie. Totalne zobojętnienie. I postęp bo już nawet nie chcę go przypadkowo spotykać.

Nie mam za dobrych relacji z rodziną ostatnio, a fakt że rodzice remontują mi mieszkanie i już poszło kilka tysięcy a końca nie widać wcale mi się nie uśmiecha. Bo jakby mogło gdy w każdej minucie widzę wzrok matki i słucham jej wywodów jak to muszę im oddać za wszystko jak tylko dostanę stypendium. Oczywiście, bo przecież nie mogę mieć marzeń związanych z opuszczeniem tego zasranego miasta, tylko mam spełniać ich oczekiwania. Więc remontują mi mieszkanie łudząc się, że w nim zostanę na wieki wieków amen. Ale nie. Bo ja, mimo że stoję na krawędzi trwałego inwalidztwa i wózka, i tak dopnę swego... bo chcę od życia więcej niż 4 ścian. Choćby najpiękniejszych, choćby najbardziej glamorous. Po prostu chcę być Kimś. KIMŚ ważnym i dla kogoś kiedyś najważniejszym na całym świecie... a tutaj czeka mnie jedynie nędza i godzenie się na życie najniższych lotów. Na pracę niepracującą, na rozrywkę nierozrywkową, na życie nieżyjące. Albo będę żyła tak jak JA chcę, albo nie chcę żyć wcale. Bardzo jest to wszystko proste i oczywiste. Aż kurwa boli.

Aha, mimo leków zażywanych od sierpnia moja waga wzrosła o kolejne 4,7kg. Bardzo mnie to wkurwia, ale co tam... raptem ważę już tyle co średniej wagi facet, raptem za kilka miesięcy dobiję do 80kg i raptem od kilku tygodni odpowiadam na pytanie na kiedy mam termin.

Losie, czemu ja?



15.11.2012, 19:30 | kariera
paranienormalna

Staram się wrócić do projektu pt YouTube sprzyja niepełnosprawnym. Poczyniłam jakieś kroki by mieć zaplecze bardziej profesjonalne, napisałam z pytaniem o wsparcie do mediów lokalnych - zobaczymy jaki będzie efekt.

Jeżeli chodzi zaś o wspomniane przedsięwzięcie "na wielką skalę" to uspokoję samą siebie - wyszło wszystko ;) Więc mogę Wam zdradzić co to było. Zaprosiłam do naszej placówki oświatowej Posła, dość znanego dla tych, którzy polityką się chociaż trochę interesują. Mam autograf i zdjęcie i piękne wspomnienia ze spotkania. Czego chcieć więcej? Może frekwencji, bo ta nie dopisała... ale wierzę w to, że będzie lepiej przy okazji kolejnych spotkań.
Dostałam gratulacje i ciepłe słowa od Dyrektora, Pani Sekretarki, a także samego Posła. Bardzo jestem z siebie dumna i cieszę się, że ktoś to docenia - nawet nie wiecie jak bardzo!

Remont? Zmierza ku końcowi ale nie obyło się bez kłótni i płaczu. Oczywiście ja zła i ta najgorsza. Okej, niech będzie. Też żałuję, że żyję.

Z TKINCZem koniec znajomości. Kazałam mu spadać i spadł. Nie on jeden bo i nowy znajomy, przez którego się zawahałam nad śmiercią również. Bardzo chciałam żeby się ułożyło, ale im bardziej chcę tym chyba gorzej wychodzi. Szkoda, bo jest na serio warty uwagi ale nic na siłę (wszystko młotkiem!).



18.11.2012, 23:30 | filozofie
chore myślenie

Mam kilka obsesji.

Jedną z nich jest godzina 21:37. Prześladuje mnie odkąd zmarł Papież Jan Paweł II. Cała rodzina oczywiście twierdzi, że to znak że Bóg za mną tęskni i nakłania mnie do powrotu do swoich owieczek. Ja jakoś się nie uginam mimo upływu lat. Owszem, w chwili gdy zerkam na zegarek w laptopie, telefonie czy ten na ścianie a tam widnieje owa 21:37 to mam niesympatyczne ciarki na całych plecach. No ale ludzie! Ja jestem poważną kobietą, która nie wierzy w takie bzdury jak niebo, piekło, Bóg i inne anielskie stworzenia. W coś, na co nie ma dowodów namacalnych nie jestem w stanie uwierzyć. A przynajmniej nie w Boga i tak mam chyba od dziecka. Tak przynajmniej pamiętam. Czekam, aż ta godzina przestanie mi się udzielać tylko zacznie nękać kogoś, kogo ma szanse nawrócić jeżeli o to faktycznie chodzi.

Kolejną moją schizą jest nienawiść do mlaskania, siorbania i kłapania ozorem bez sensu. Wiem, że to choroba psychiczna i powinnam iść z tym do lekarza ale sami przyznajcie, że ciamcianie gumy do żucia i mlaskanie przy jedzeniu jest cholernie wkurzające. Ja mam aż delirkę gdy słyszę jak ktoś w prostacki sposób coś je lub pije. Wiem, jesteśmy ludźmi i każdemu zdarzy się mlasnąć czy cokolwiek, mi się też zdarza! Wiem! Ale i tak jestem na tym punkcie chora.

I najgorsza myśl od kilku miesięcy.
Ciąży nade mną klątwa jak u Charliego z Good luck Chuck: „Wieczorne eskapady z zawsze inną pięknością? To dopiero szczęście! Charlie Logan (Dane Cook) jest facetem nietypowym, bowiem przed jego drzwiami zawsze stoi kolejka urokliwych kobiet. Wszystko za sprawą swoistej klątwy, na skutek której, każda samotna dama po nocy spędzonej z Charliem, spotyka miłość swojego życia. Mężczyzna, niczym talizman, pomaga poznać singlom ich drugie połówki. Gdy jednak sam natrafia na bratnią duszę o imieniu Cam (Jessica Alba), „urok" ukazuje swoją mroczną stronę. Teraz, chcąc zatrzymać kobietę swoich snów, Charlie musi zrobić wszystko, by zniechęcić ją do spędzenia z nim nocy, w przeciwnym wypadku straci Cam na zawsze...”

U mnie nie ma kolejek przed drzwiami, nie jestem też boginią seksu ani piękności… ba! Jestem zdecydowanie zaprzeczeniem tychże cech. Nie mniej jednak zdarza mi się poznawać facetów i się z nimi umówić. Problem w tym, że od kilku lat było takich spotkań niewiele, a faceci po prostu nie dorastali Jedynemu do pięt toteż szybko dawałam sobie spokój. Ja jestem kobietą, która wie czego chce i nie wodzi za nos miesiącami jakiegoś biednego romantyka. Hmn. Jakby to ująć zgrabnie… Jestem księżniczką, która całuje ropuchy przekształcając ich w księcia. Księcia dla innych.
Kilka lat temu, gdy szłam na pierwsze studia zaopiekował się mną kolega/sąsiad Jedynego. Był sam i ja też. Na początku spotykaliśmy się jako koledzy ale parę razy zdarzyło nam się całować. Nic więcej. Później porzuciłam studia, Tamten Chłopak je skończył i zaczął pracować w moim rodzinnym mieście. Po połowie czy po roku od naszego spotykania się ożenił się. Oczywiście najpierw dziewczynę zapłodnił. Taka „Boża kolejność”, rozumiecie.
Już prawie 2lata temu poznałam na jakimś randkowym gównie pewnego kolesia. Takiego miszcza DiskoPolo. Ja, wiecie, mam trochę wyższe mniemanie o sobie i nie mogłabym sobie psuć wizerunku chłoptasiem z bojsbendu weselnego, no sory… Nie ta liga. Z chłopakiem jednak spotykałam się ze 2miesiące, czy niecałe nawet. A później zerwałam kontakt, po tym jak dowiedziałam się o jego właśnie Disko planach. Uważam, że zrobiłam dobrze, bo nie mąciłam w głowie komuś, kto po prostu mi nie pasował. W tym roku na wiosnę dowiedziałam się, że ożenił się z powodu bębenka pod cyckami jakiejś małolaty. Po 4miesiącach związku. Ale wiecie, okej… On miał 29lat i bez przerwy nękał mnie pytaniami o ślub o potomstwo, a ja mam inne cele w życiu niż rozkładanie nóg i udawanie później szczęśliwej rodzinki. Także tak… po pół roku od spotkań ze mną zapylił jakąś dziewczynę już w akcie rozpaczy mam wrażenie.

I teraz najnowsze newsy. W zeszłe wakacje spotykałam się ze starszym bratem koleżanki mojej siostry. Nie mój typ z wyglądu i charakteru również. Takie ciepłe kluchy – zaprzeczenie męskości. Spotykaliśmy się kilka tygodni i dałam sobie siana. Opowiadał mi o planach na przyszłość, że chce do policji, że jeżeli nie policja to może otworzy własną firmę, że chciałby poznać dziewczynę z która za kilka lat się chajta. Takie normalne niby plany. W kwietniu tego roku ogłosił na facebooku, że jest w związku, a w zeszłą sobotę wziął ślub bo jego dziewczyna (już teraz żona) ma już widoczny brzuchol.

I mam mocny dylemat… czy ja trafiam na takich kurwiarzy, że się zabezpieczyć nie potrafią (disko boj chciał mnie zerżnac na 'już i w tej chwili' ale oczywiście gumek przy sobie nie nosil, a ja i tak mówiłam mu, że ruchawą laską to nie jestem i nigdy nie będę - nie z nim bo mnie brzydził, tak po prostu. Ten straszy brat znajomej również był zawsze gotowy tylko nigdy nie przygotowany…), czy jestem aż taką pizdą, że po mnie każdy facet bierze byle co aby nie mnie, nie taką zołzę. No bo sory, nie wierzę, że poznali miłość swojego życia i po 3miesiącach związku chcieli brać z nią ślub. Po prostu zagruchali dziewczyny aż wpadły. A dziewczyny też niekiepskie bo jak można sobie dać bachora zrobić pierwszemu lepszemu fagasowi? No… świat schodzi na psy, to fakt. I boli mnie ta myśl, że może faktycznie przynoszę ludziom szczęście i każdy facet jakiego poznam będzie za niedługo mężem… tylko że nie moim. I boję się tego, że mój były również poznał już swoją żonę albo już ją ma. Bardzo by mnie to zabolało. A co z moją przyszłością? Czy zawsze będę sama? Czasami jak powracają te myśli uciekam od facetów, pozwalam im odejść bo nie chcę patrzeć na ich szczęście później. I jest TKINCZ, którego pożądam 'tu i teraz', a z którym bałabym się nawet zaczynać ze względu na fakt, że mogłabym go stracić. Pomijając fakt, że nigdy nie będę miała tego dylematu bo On akurat mnie nie chce. Więc noł problem.



26.11.2012, 20:00 | ja/moje
jakaś vs nijaka

Jestem z pewnością jakaś. Ja wiele razy opisując kogoś wzruszam ramionami i mówię, że jest nijaki "ta Monika/Kaśka/Irena/Krystyna... a taka... nijaka w sumie". O mnie się tak powiedzieć nie da. Po prostu. To jest mój sukces. Chociaż wolałabym by moje nazwisko kojarzyło się pozytywnie zawsze i wszędzie. Niestety tak nie jest. To, że jestem jakaś niesie za sobą negatywny oddźwięk bo jestem kojarzona ze złych rzeczy. Kłótni, poniżania ludzi, obrażania, nadużywania wulgaryzmów, zemsty i miliona innych niezbyt pochlebnych rzeczy. Potrafię tupnąć nogą, potrafię walczyć o swoje. Będzie mi ponoć łatwiej. Ponoć. Bo jak tak patrzę dookoła to niestety ale lepiej mają właśnie te nijakie osoby, zawsze potulnie wykonujące rozkazy i Ci tzw przeze mnie "przyjaciele wszystkich" czyli oficjalnie lubię wszystkich a nieoficjalnie to już nikt nie wnika. Tacy ludzie wg mnie są stokroć bardziej fałszywi niż ja, która jak coś mi nie gra to wyjadę z mordą i po prostu wbiję w asfalt takiego osobnika. No ale moje zdanie się przecież nie liczy.

Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że powinnam teraz zbastować. Przestać być taką Alabastrovą, wredną i nieprzejednaną, a być bardziej pogodnym mediatorem wszelkich sporów. Nagle moje nazwisko zaczyna być 'znane' w kręgach do których aspiruję i jeżeli teraz wyrobię sobie negatywne nuty związane z nazwiskiem to raz na zawsze pożegnam się z karierą. Ta ogólnopolską i światową, o której też marzę naiwnie i po cichutku. To zabawne. Przecież chcę być kreatorem wizerunku, więc powinnam pstryknąć palcami i moja buzia będzie się ludziom dobrze kojarzyła. Ale tak nie jest. Ja nie jestem kreatorem. Jestem studentką, która tylko marzy o tym zawodzie i póki co daleka jest od jego realizacji. Ale czy mając tak jasno sprecyzowane plan mogę popełniać błędy?

I to prawda. Zawsze będą ludzie, którzy będą mnie szanowali własnie za to jaka jestem teraz, brutalna w słowie i niemalże demoniczna gdy ktoś mi nadepnie na odcisk. Ale prawdą jest też to, że im wyżej zajdę to przeciwników takiego sposobu rozliczania się z ludźmi będzie coraz więcej. Teraz dostaję lajki pod chamskim dissem kogoś, kto stoi o wiele pięter nade mną. Dostaję słowa uznania za takie bezceremonialne pokazywanie winy i błędów jakie ten ktoś popełnia i wsparcie od osób których wcale nie znam. Jestem wtedy dumna, że jestem jakaś. Niestety takie chwile są rzadkie. Przeważnie to mnie dissują. Za wygląd, za charakter właśnie i za fejs. Poker fejs.

Czas stać się mądrzejszą osobą, kobietą która zabija spojrzeniem ale słowem muchy nie skrzywdzi. Gesty? kto dziś patrzy na gesty? Czas się dokształcać. Być jakaś, ale w lepszej wersji.

Chyba sobie kupię pod choinkę książkę o savoir-vivre, dyplomacji i PR.