02.10.2016, 17:21 | rodzina
patola

Moja rodzina zrobi wszystko bym tego auta nie miała. Gdy po miesiącu kłótni matka odpuściła to teraz siostra już drugi raz rozbiła samochód. Przed chwilą. WSZYSTKO byleby koszty poszły na coś innego niż moja samodzielność. Z zazdrości są gotowi mnie rozstrzelać, zadźgać nożem i wyrzucić na zbity pysk z domu. To ich punkt honoru by mieć na kogo zwalić swoje życiowe nieszczęścia. Taka nagroda za moją wegetację, za moją rezygnację ze wszystkiego tylko o to by osiągać wszystko za pierwszym razem i nie narażać nikogo na koszty. Ach, zapomniałam... mnie się udaje wszystko "przypadkiem". No tak. 



07.10.2016, 22:57 | miłość
niedoskonałość

W poznawaniu ważna jest pewność siebie i świadomość swojej wartości. Już tego nie mam, dlatego planowany romantyczny weekend został tylko niespełnionym marzeniem. Potrafię zepsuć wszystko.



12.10.2016, 18:06 | ja/moje
wymiociny

Prawdziwego przyjaciela poznasz po tym jak znosi Twoje sukcesy. Ja nie mam już przyjaciół. Przykrawe. 

Mam w głowie dużo przemyśleń poczynając od obserwacji ludzi, oplotkowywania ich, poprzez doświadczanie poznawania facetów, aż po brak satysfakcji i rosnące uczucie nieszczęścia, które cały czas towarzyszy. Nie wiem od czego zacząć... 

Wiem, że każdy kto mnie zna, obserwuje moje poczynania, śledzi rozwój osobisty spodziewa się, że wraz z kolejnymi celami zyskuję więcej powodów do radości i wiary w siebie. Z zewnątrz może się tak wydawać bo tak być powinno. Powinnam wierzyć w siebie bo mało kto zdaje prawo jazdy w pierwszym terminie. Mam e-koleżankę, która od 2 lat robi prawko. Zawsze chciałam je mieć choć nigdy nie było to dostępne. Teraz, mimo nowej bazy 2 tysięcy pytań teoretycznych, nowych eko zasad zdawania praktyki udało mi się to osiągnąć. Samej. I myślałam, że to będzie jakiś przełom, zacznę czuć się normalnie. Brak prawa jazdy postrzegam jako niepełnosprawność życiową, jakiegoś rodzaju upośledzenie społeczne. Zawsze był to mój ogromny kompleks i właśnie brak prawka, skończonych studiów i brak pracy był dla mnie pełnią znaczenia mojej niepełnosprawności. To właśnie te braki postrzegam jako większą dysfunkcję niż brak zdrowia sensu stricto. Tylko że nic się nie zmieniło. Nadal nie mogę się samodzielnie przemieszczać, nadal muszę się prosić o czas i uwagę by ktoś mnie zawiózł i odebrał. Na głupią randkę nawet nie mogę się umówić bo JAK TAM DOTRZEĆ?! Moje całe życie jest podporządkowane braku mobilności. Wy macie nogi, ja ich nie mam. To jest, kurwa, straszne :(

Podobnie jest ze studiami. Ilu znacie doktorantów? Niewielu, prawda? Wyjątkowo pojawiają się w naszym gronie znajomych takie jednostki, które albo są wybitnie zdolne albo po prostu chcą w tę stronę rozwoju podążać. Ja spotykałam się 3lata temu z doktorantem z mojego miasta studenckiego. Opisywałam to na poprzednim blogu (alabastrova). Gdy się poznawaliśmy powiedziałam mu, że kiedyś rozważałam doktorat ale czuję się zbyt głupia. Wierzył w ten doktorat i mimo iż wątpiłam w niego i kazałam go by porzucił tę myśl bo moje zdrowie było denne on na koniec, po 3 miesiącach znajomości powiedział, że skłamałam i tak naprawdę nigdy nie chciałam iść na doktorat, że wszystkie te moje ambicje rzekome były ściemą, że jestem rozpuszczona i próżna. Nie chciał wierzyć i nie chciał nawet słuchać tego, co mówiłam mu o tym jak wygląda moje prawdziwe życie zdrowotne. Był na to głuchy, ślepy na moje łzy rozpaczy i jęk bezradności. Cały czas te jego słowa do mnie wracają i uderzają z podwójną mocą. Naprawdę bardzo dawno temu zaświtała mi myśl o doktoracie ale wiedziałam, że nigdy nie będę miała zdrowotnych możliwości na doświadczenie takiego wyróżnienia, jakim jest tytuł doktora przed nazwiskiem. Gdy dostałam odmowę pokrycia kosztów mojego leczenia uargumentowaną, iż nie przejawiam żadnych talentów i chęci do kontynuowania studiów bardzo mnie to zabolało, a było to pół roku po tym jak powiedział mi to D. Poddałam się leczeniu, wystawiłam twarz i historię, moje kalekie ciało na widok publiczny. Byłam oczerniana i nazywana żebrakiem. Ja byłam w tamtym momencie wrakiem człowieka. Fizycznie i psychicznie błagałam o śmierć. Tego oczywiście nie mówiłam wprost ludziom, bo by nie wpłacali pieniędzy na moje leczenie. Tak naprawdę nie chciałam tej kasy, chciałam śmierci bo nikt, nawet ja sama, we mnie nie wierzył. Dostawałam cięgi za to, że taka się urodziłam i że postawiona pod ścianą odważyłam się wyciągnąć rękę oczekując pomocy. A co miałam zrobić? Załamać się? Mogłam. Chciałam. Ale honorowa jestem. I dlatego nigdy się nie zatrzymuję na minimum, zawszę robię więcej niż mogę. Nie dla siebie tylko dla innych. To nigdy nie jest dla mnie. NIGDY. To zawsze jest dla Taty, dla rodziny, dla otoczenia, dla kibiców i dla wrogów. Zgubiłam się w tej konieczności spłacania zobowiązań. Nie jestem doktorantką z własnych chęci tylko z braku alternatywy na życie, z braku pomysłu na siebie i z potrzeby udowadniania ludziom, że nie jestem kaleką życiową. Tylko, że ja nadal nią pozostaję. Dla siebie i dla innych. W swoich własnych oczach jestem ułomna, najgorsza i beznadziejna. Nie nadaję się do niczego. Myśleliście, że jest inaczej?! Tak, ja też myślałam, że będzie. Nie jest. Nie wiem dlaczego tak to odczuwam, ale nie daje mi to szczęścia, spełnienia i spokoju ducha. Nie jestem w pełni usatysfakcjonowana. Jestem dumna, oczywiście, wiem jak prestiżowy jest nadal zawód wykładowcy, jakim szacunkiem się cieszy i jak ten doktor jest ważny dla mnie i dla Taty. Wiem to. Mam świadomość, że jestem w gronie bardzo wąskim i ponadprzeciętnym. Ale ja jestem w gronie ludzi wyjątkowych/odmiennych od urodzenia. Chcę czy nie, ale zawsze będę się wyróżniała. Martwi mnie tylko to, że zamiast czuć się w pełni doceniona, wartościowa i niesamowicie inteligentna to ja nadal jestem tylko bezwartościowym śmieciem. 

To moje postrzeganie siebie przekłada się na moje życie uczuciowe. Nie jestem w stanie się zaangażować w żadną relację, nawet koleżeńską, bo czuję się niewarta uwagi, ja się czuję źle bo uważam, że pozbawiam kogoś szansy na normalne życie (bo przecież normalne jest życie z tępą szmatą, której jedynym celem życiowym jest pięknie wyglądać!). Wiem, że jestem zdolna do wielkich poświęceń, bo może kiedyś mogłabym być dobra dla kogoś. Tylko nie chcę chyba by ktokolwiek dawał mi szanse i bym znowu każdego dnia przeżywała to, że czuję się podle bo ja wiem jak wygląda moje życie i zdrowie, a ktoś tylko sobie wyobraża często idealizując poprzez porównywanie mnie do innych niepełnosprawnych. Ja to nie oni. Oni to nie ja. Dlaczego nie pozwolę komuś wybrać i się marnować skoro tego chce skoro ze mną jest? Niech się marnuje! Niech się opiekuje, skoro takie z niego życiowe zero, że jedyna osoba na która go stać to chora kaleka. To jego wybory, jego serce, jego uczucie, jego widzimisię. Niech on wybiera czy tego chce, czy nie. Jako dorosła osoba, świadoma swoich wad i ułomności nie mogę pozwolić na to, by ktoś popełnił taki błąd. Miłość w stosunku do mnie jest pomyłką. Nie chcę za nią brać odpowiedzialność. Nie chcę się całe życie zastanawiać czy on jest ze mną bo kocha czy ma dziwną potrzebę pomagania niedojebanym. Może to jakiś fetysz...? Nie wiem. Nie wierzę w bezinteresowność, nie wierzę w naiwność i szczerość uczucia. Nie wierzę, że taka osoba jak ja może być zaakceptowana, pokochana i szanowana przez 50 lat. Nie chcę już z nikim nigdy być. NIGDY. To przekonanie widać w moich rozmowach z mężczyznami za pośrednictwem Internetu. Od razu jest "nie zbliżaj się". Nie zmienię tego, bo choroba jest na zawsze. Nie poprawi się, może i będzie z pewnością, tylko gorzej... :( Jestem przygnębiona, zdołowana i nieszczęśliwa bo w środku chcę, pragnę mieć syna i męża. Tylko, że nie mogę nawet o tym myśleć, bo to się nie spełni. Nie może. 




18.10.2016, 00:33 | miłość
randka w ciemno

Brat umówił mnie na spotkanie z tym Panem Przystojnym. Po 2 miesiącach... Początkowo się uśmiechałam na myśl o tym, a teraz jestem przerażona i nie chcę. Nie chcę nikogo w swoim życiu. Boję się odrzucenia, nawet na etapie czystej znajomości. Po prostu czuję, że nie będę w stanie przeżyć ponownego rozczarowania. Już nie dam rady tak cierpieć i upadać.



22.10.2016, 20:19 | miłość
a nie mówiłam...?

Wiedziałam, że randka z Panem Przystojnym miała być w sobotę więc wczoraj wybrałam się z kumpelą do tego pubu, w którym poznałam Przystojniaka. Po 2h plotek ja patrzę, a do baru podchodzi nie kto inny jak Przystojny. Pozamiatane. Nie podszedł cały wieczór, choć miał okazję. Widziałam, że siedział na tel, dwa razy z kimś gadał przez fona. Wychodząc spojrzał na moją koleżankę, czyli standard. Ona się podoba każdemu, ja nikomu. Przysiedli się do nas dwaj przypadkowi kolesie i z nimi zakończyłyśmy wieczór, w tym czasie Przystojniak grał zaraz obok nas w bilard, ale ok 23 się zmył. My dosiedziałyśmy do 1 z nowo poznanymi kolegami i uciekłyśmy. Takie to nasze "babskie pogaduchy" po 3 miesiącach niewidzenia się.

Na randkę dziś oczywiście nie przyszedł. Cipka.




25.10.2016, 14:20 | ja/moje
alter ego

Jestem skomplikowana. Zaprzeczam sama sobie, codziennie trzysta razy zmieniam zdanie. Przeczytałam wpisy na blogu i mam wrażenie, że sama nie wiem czego chcę.
Chcę mieć męża, założyć białą sukienkę i welon. No chcę. A jutro nie będę chciała...

Natchnął mnie idiotyczny program ślubów pod okiem naukowców.




28.10.2016, 17:23 | rodzina
gwiazdorska obsada

Boże, trzymajcie mnie z tą pojebaną rodziną. Na serio. 

Wchodzę na stancję. Mrok, ciemnica, każde w swoim pokoju. Nawet nie wyszli. Kolacje zrobiłam. Na drugi dzień im posprzątałam, zmyłam naczynia, zrobiłam pranie i ugotowałam obiad i kolacje. Po 9h na uczelni wrociłam i zrobiłam im jeszcze kolacje. Siedzę i rozpaczam nad angielskim. Siostra pyta jak dokladnie powiedziałam dana kwestie i zamiast powiedziec "prawie dobrze Damo, tytlko tutaj to i tamto" to uslyszalam "hahahahhaa tragedia i ty jestes na doktoracie. zal". fajnie.

Dzis wyjezdzamy do domu, brat zostaje i siostra do brata "zadnych imprez". W domu opowiadam mamie, ze mlody sie nie slucha i na uwagi o posluszenstwie reaguje ignorancja. Siostra "bo im czesciej mu zakazujecie imprez tym wam na zlosc robi". KURWA CO?! przeciez to TY przed wyjazdem mu to powiedzialas. TY, KURWA, NIE KTOS INNY.

Ona taka zatyrana, to i tamto robi, wszystko robi. Od niedzieli smieci staly, opakowania po pizzy od piatku leza, 2 prania do nastawienia, ubran 3 stosy, naczynia brudne stoja. Ale ona zarobiona po pachy. CZYM KURWA?! Sory, ja nie jestem sprzataczka praczka i prasowaczka. Dzis udaje ze ja zoladek boli i znowu ja musialam mamie pomagac. Zawsze tak jest, to jakie ona cyrki wyczynia to glowa mala. WSZYSTKO wymysli byleby nic nie robic. wszystko. 

Do tego wszystkiego to taka krytykantka jakich malo. Narawde potrafi taką chamowe odpierdolic ze to szok. Nie pochwali czlowieka tylko zawsze hejtuje. Za wszystko. 

A pamietacie jak pisalam o jej wypadku? Rozbila samochod tak, ze trzeba go zezłomowac. KURWA, BRAWO TY! Zostalismy bez auta, ani ja nie mam ani mama. Ani kasy nie ma na nowe (w sensie uzywane nadal, ale na zakup). NO KURWA JAK MOZNA ROZJEBAC MI ZYCIE.




30.10.2016, 09:17 | miłość
plus i minus to jedyne czym żyję

Cofnijmy się trochę do poprzedniego postu. Napisałam, że program "Ślub od pierwszego wejrzenia" jest idiotyczny, ale natchnął mnie do ponownego rozpatrzenia wizji siebie jako żony czy też matki.
Mój dobry i wieloletni towarzysz blogowej przygody skomentował to następująco: A dlaczego idiotyczny? Ja wprawdzie tylko krótko o nim słyszałem ale jeśli by się okazało, że ludzi da się dobrać pod takim kątem, pod jakim naukowcy tam próbują ich dobrać i to się będzie sprawdzać - ci ludzie będą chcieli być ze sobą, to może być świetna opcja dla ludzi, którzy chcieliby poznać kogoś dopasowanego a nie mają czasu sprawdzać metodą prób i błędów kto miałby to być :P Wendigo.

Pomyślałam, że zamiast odpisywać prywatnie poświęcę temu wpis bo to dobry pretekst do wspomnień. Gdy usłyszałam o tym programie to mi się przykro zrobiło, że instytucja małżeństwa jest już tak spaczona. Ja mam przekonanie, że ślub jest bardzo dużą wartością dla dwojga ludzi i powinno się do niego podchodzić na zasadzie "tylko jeden na całe życie", a nie już przed USC myśleć "aaaa najwyżej się nie uda". Założenia programu jednak są mi niejako bliskie bo sama poznając kogoś stosuję takie formularze danych, jakie oni wypełniają. Wiadomo, że nie jestem i nigdy nie będę w stanie przebadać niczyjego zapachu czy głosu przez Internet, ale dopasowanie pod względem zgodności charakteru, przekonań i życiowych aspiracji są mi bardzo bardzo bliskie. Nie pamiętacie pewnie, ale ja w takim eksperymencie niejako brałam udział. Jak to?

W 2013 roku poznałam pewnego gościa na portalu randkowym. TEORETYCZNIE mój typ 10/10. Wykształcony, nawet trochę za bardzo bo był doktorantem, wyższy, nieszczupły, brunet, oczy niebieskie, ambitny, antyimprezowicz, skupiony na rozwoju osobistym itd. No ideał bez dwóch zdań. Ja również pasowałam do jego wzoru na idealną partnerkę. MIAŁO 100% PERSPEKTYWĘ bo w teorii byliśmy dla siebie stworzeni. Spotkanie jednak odarło nas ze złudzeń. I doskonale pokaże to również program. Jedna osoba (on) mimo iż miałam rysy na tym idealnym wizerunku (przeklinam, mam tatuaże w widocznych miejscach, choruję) to potrafił przeskoczyć ponad to i wykazać zrozumienie dla ludzkiej niedoskonałości. Ja zderzając się z moim wyśnionym ideałem w teorii zobaczyłam przed sobą sierotę, ciotę życiową, nieudacznika, tępego, niedojebanego, niemęskiego gnoma bibliotecznego. Sposób wypowiadania się, poruszania się, zwracania do mnie, sposób postrzegania świata i idealizowanie wszystkiego sprawiło, że on zdecydowanie stał się moim antyideałem. Nie potrafiłam go zaakceptować i obdarzyć uczuciem, mimo że od niego to otrzymywałam. Ja się buntowałam przeciw wizji skończenia u boku takiej porażki życiowej (gej ma więcej męskich pierwiastków niż on, zapewniam Was). Gdy się kłóciliśmy o to dlaczego go nie kocham (na porządku dziennym były te kłótnie bo on mnie zmuszał do uczucia) któregoś razu powołał się na tabelkę. Powiedział, że on sobie rozrysował plusy i minusy bycia ze mną, moje i jego wady i zalety i uważa, że przy odrobinie chęci z mojej strony MUSI WYJŚĆ bo nie ma prawie żadnych mankamentów i nauka dowodzi, iż ta miłość będzie trwała wieki. Gdy to usłyszałam to uciekłam w panice. Człowiek nie jest danymi w tabeli, to nie Exel na litość boską, ani nie robot, któremu wgrasz oprogramowanie. Uczucia to nie kod 0-1. Relacje z drugim człowiekiem nie sposób ująć w kategoriach plusów i minusów, zalet i wad. Oczywiście, że gdybym ja narysowała taką tabelę to też by w niej wyszło, że mamy duże szanse, że to wyjdzie. TEORETYCZNIE TAK. Ale PRAKTYCZNIE cechy takie jak cnotliwość, jego zerowe doświadczenie z kobietami (które w teorii bym zapunktowała na plus), brak umiejętności całowania się, piskliwy głosik pizdy a nie faceta i te jego wieczne sceny zazdrości (a parą nie byliśmy...) doprowadzały mnie do szału. Cała nasza historia i jej szczegóły spisana była na poprzednim blogu. Ja, widząc jak on wygląda i jak się zachowuje od razu zabarykadowałam się w moim świecie i nie było mowy o tym, że cokolwiek będzie. Nasza znajomość zakończyła się w gniewie, po 3 miesiącach szarpaniny o tabelkę pełną (nie)doskonałości. 

Wiem, w programie badają ludzi znacznie dokładniej, były również badania zapachu czy głosu, były rozmowy z seksuologiem. Ale jestem przekonana, że by nas dopasowali gdybyśmy się tam zgłosili. On wierzy w naukę, ja też. Ale ja mam ten margines wiedzy psychologicznej/społecznej, z której wynika iż tabela nie ma zastosowania w realnym życiu. Gdy oglądam te odcinki to mi się buzia śmieje, że można jednak trochę trafić i w pierwszej chwili jest to "wow", ale sami zobaczycie, że zderzając się z realnym życiem może już nie być tak barwnie. Te odcinki jeszcze przed nami, ale ja wiem, że żeby to zaiskrzyło to obie strony muszą posiadać tę cechę mojego doktoranta: jesteś nieidealna, ale ja i tak Cię akceptuję i Cię kocham. Ja nie akceptuję wad.