04.10.2015, 20:17 | miłość
przestrzenie wspomnień

Łóżko stoi za moimi plecami. Nie chcę do niego wchodzić, nie chcę na nim leżeć. Niczego nie chcę. Nie chcę tutaj być.



07.10.2015, 12:31 | kariera
studenckie plusy

Przeżyłam bliskie spotkanie z Promotorem. Ba! dostałam błogosławieństwo co do nowego tematu, uśmiech ale i wskazówkę by przekształcić temat w maksymalnie bliskie dziedziny jaką studiuję. Dobrze!

Uwierzyłam gdy zobaczyłam. Podciągnął mnie z tego jednego przedmiotu. Zobaczył same 5 z góry na dół to głupio 3.5 było stawiać ;) No ale jest, średnia uratowana i mam nadzieję na stypendium naukowe.

Zwolnienie z jednego, może dwóch przedmiotów. Na 4. Nie zależy mi już. Średnią ze studiów mgr i tak będę miała ok. 4.75. Wystarczy, Damo Trefl. A teraz żyj, a studia traktuj z przymrużeniem oka.

Kocham ten kierunek.

Umówiłam się na weekendowe piwko w ziomkiem jeszcze z czasów inżynierki. Łohohoho sto lat temu to było. I powiem Wam, że widzieliśmy się RAZ w tym 2009r. Nawet nie na uczelni, tylko u mnie oglądaliśmy pierwszą walkę Pudziana w MMA. Chociaż nasza znajomość nie przypomina przyjaźni to jednak przetrwała tyle lat, w urywanym ale jednak cały czas istniejącym kontakcie. Zupełnie inaczej niż znajomości przypominające przyjaźnie z tamtego okresu, gdy kontakt był częsty i więcej mnie z innymi łączyło. dzisiaj nawet o like na Facebooku trudno. Tak to jest z tymi znajomościami studenckimi. Czasami to przypadki o nich decydują.



10.10.2015, 10:43 | miłość
rozpamiątki

Pomyśleć, że mogłam być w tym miejscu szczęśliwa... w tym mieście, klaustrofobicznym pokoiku i wąskim jednoosobowym łóżeczku śpiąc wtulona w ramionach ukochanego. Dzisiaj czuję to samo co przed jego poznaniem, nienawiść do miasta, mieszkania, pokoju. Więc to prawda, że to nie miejsca a ludzie?

Mój świat w ruinie. Na wadze znów 82, choć przy Księciu zdarzało mi się zobaczyć nawet 76. Żyłam miłością. Był moim światem. Całym.
Może za mało wyznań było z mojej strony? Może powinnam powiedzieć czasem, że kocham, że tęsknię. Nie umiem. Nie jestem taka otwarta. Mogę powiedzieć "uwielbiam Cie", ale "kocham" mi nie przechodzi przez gardło. Wydawało mi się, że udowadniam mu uczucia czynami, staram się wystarczająco gotując mu, nigdy nie odmawiając spotkań nawet na dzień przed ważnym egzaminem. On przecież jeździł do mnie na rowerze by te pół godzinki posiedzieć na ławce pod blokiem. Mówił, że kocha, przytulał całym sobą, patrzył tak... tak wiecie, łapczywie. I co się stało? CO? Serio, przez to że trzeci raptem raz powiedziałam "czuję, że Cię coś omija przeze mnie, źle się z tym czuję, bo nie mogę Ci nic dać". SERIO? Bo ja za punkt honoru przyjęłabym sobie naprostowanie takiego myślenia i udowodnienie, że daje mi szczęście i niczego nie tracę.

Zobojętniałam przyznam się szczerze. Nie wiem czy go kocham na ten moment. Nie mniej mojego cierpienia wcale to nie umniejsza.

Wszystkie jesteśmy takie same. Cholernie naiwne. I jak czytam niektóre wpisy pojawiające się u Was, na ownlogu, to mnie na wymioty zbiera. Nabieram obrzydzenia do siebie, że czytając to czuję trochę jakbym to ja pisała, a skoro widzę dramatyczną durnotę w tym wpisie tzn. że jestem tak samo głupia i naiwna. Nie chcę być taka naiwna.



10.10.2015, 23:37 | przyjaźń
nołlajf

Dziwne to było spotkanie. Pouczające, gorzkie, dziwne. Bardzo. 

 "koleżanka i kolega, może tak zostać?" 
 "nie rób malinowych oczu" 
 "wyloguj się do życia"

Przecież tylko się kumplujemy, nie chcę niczego więcej, moje malinowe oczy to żarty które źle odczytujesz, wyloguję się gdy zechcę i będę miała do czego. 




12.10.2015, 16:58 | zdrowie
polska służba zdrowia

Ale chujowo. Wracają mi bóle i to takie, że OMFG nie życzę nikomu. Jedyną rada lekarzy jest... kolejna operacja. Jak to jest, że w szpitalach miejsc brakuje a im tak łatwo przychodzi wpisywanie ludzi na śmieszne listy. Cierpię, a oni ani rehabilitacji, ani sanatorium nie wypiszą. Co za gówno. 

Ratunku! 




14.10.2015, 11:03 | filozofie
wątpliwości

Czy są jeszcze wierni, oddani po stokroć mężczyźni, dla których fiut nie jest wyrocznią?



15.10.2015, 17:59 | kariera
transporter

Jeżdżę z różnymi kierowcami, rzadko się powtarzają. 
W zeszłym semestrze był jeden, który naprawdę mimo wieku zbliżającego się do moich rodziców jest najlepszy! Taki dobry wujek, troskliwy, sympatyczny, zawsze pyta jak się miewam. Fajny facet. Jakiś czas miał urlop, a że nie znałam imienia, nie miałam jak zapytać o to co się dzieje. Wrócił, po pobycie w szpitalu. Aż się zmartwiłam! Na poważnie!
W tym semestrze nie miałam jeszcze przyjemności podróżować z nim. Miałam nadzieję, że nadal pracuje w tej firmie. Kurcze, taką ogromną nadzieję! Dzień za dniem mijał, a PanLeszek nie przyjeżdżał. A dzisiaj zamiast wskoczyć na tylne siedzenie, ktoś zapukał w przednią szybę i... och! Wychyla się z siedzenia kierowcy właśnie on :)

D: ojej, dzień dobry! co słychać, jak wakacje?
L: dzień dobry, znowu się widzimy :)
D: hehe zastanawiałam się czy jeszcze Pana spotkam :D 
L: po staremu, a wakacje kto miał ten miał hehe
D: jak zdrówko?
L: zdrówko w porządku, dziękuję. Może przejdziemy na Ty? 
D: chętnie, DamaTrefl
L: PanLeszek

I życie jest piękne :) 
Będzie mi tych jazd brakowało, naprawdę! Może by tak nie kończyć studiów...

Dużo mi pomogły te jazdy. Okazuje się, że jest to dobry sposób na pokonanie nieśmiałości i braków w komunikowaniu się z innymi. Ja jestem dość.. oziębła w stosunku do obcych, innych. Rzadko kogoś dopuszczam do siebie na tyle blisko by mógł poznać mnie zwyczajną, ciepłą i troskliwą. Naprawdę dzięki transportowi pokonuję swoje słabości i jest to jedna z terapii. 




16.10.2015, 23:29 | miłość
1/2

Dokładnie pół roku temu pierwszy raz się spotkaliśmy. Pamiętam to jak dziś. Jego ciepłe usta wszędzie. I zapach. I wszystko. Boli mnie to niesamowicie. Płaczę. 



20.10.2015, 22:56 | przyjaźń
rozczarowania

To było tak, że od jakiegoś czasu wrócił nam kontakt mimo przerwy kilkunastomiesięcznej. Widziałam jak parę razy lajkował moją akcję charytatywną, jak co roku składaliśmy sobie życzenia urodzinowe bo mamy urodziny tego samego dnia. Taka tradycja od tych 7lat. Zbliżał się październik, a on zaproponował piwko jak za dawnych lat. Spoko, myślę w sumie czemu nie? Lubie gościa, zawsze był dla mnie jak taki dalszy kuzyn, brat. Nigdy żadnych podtekstów, uczuć, flirtów itd. Z mojej strony serio nic nie ma i nigdy też nie było. Na fb jak to na fb, zażartowałam, że po piwie nie wiem jak wrócę do domu i że mam nadzieje że ma duże łóżko albo chociaż wannę do przekimki. Czy to jest jakikolwiek flirt? nie w moim mniemaniu. Myślałam w sumie, że to takie gadanie, a spotkanie nie dojdzie do skutku. 

Podjechał po mnie pod stancje i zabrał do siebie unikają spoglądania na mnie w czasie drogi. Rzucałam moje jakże zarąbiste żarty o podłożu ironiczno-sarkastycznym bo takie mam poczucie humoru (tja.), ale on nie potrafił tej ironii zrozumieć. Typ żartu? Sklep centralnie pod blokiem, Dama rzuca "łohohohooo jak masz daleko, idzie zabłądzić, zgubić się na tym vipowskim osiedlu", a on "to małe osiedle, nie da się zgubić, ten blok obok to mój" o.O aha....
Wchodzimy do niego, siadam na jedynym fotelu w mieszkaniu (urządza się dopiero, siedział na opakowaniu po farbie ;)) i wyjmuje suveniry %. Gadka jakoś się kleiła i od tej 15-18:30 było nawet spoko. Później coś zeszliśmy na tematy zdrowotne i mówi "Od długiego czasu tłucze mi się w głowie pytanie, mam nadzieję, że mnie za to nie znienawidzisz... Jak to się stało, co Cię popchnęło by przed telewizją mówić o chorobie?". Powiedziałam jak jest, że zwyczajnie nas nie stać by tyle pieniędzy płacić bo nikt normalny takich środków nie ma i że tak na dobrą sprawę nie miałam innego wyboru, ale żałuję tego jak niczego na świecie bo wszyscy mnie teraz oceniają tylko przez pryzmat kalectwa nawet nie starając się mnie poznać. Nie wiedział nic o Księciu, nawet nie wiedział że ktoś był. Po kilku minutach odbijania się od tematu rzucił: "Wiesz, bo chciałbym żeby wszystko jasne było, nie chciałbym byś sobie robiła nadzieję, ale ja nie chcę się teraz angażować w nic. Ty nie powinnaś się tak odzywać bo sobie problemy robisz, ludzie tak Cię traktują za te odzywki, teksty, podteksty" osłupiałam i pytam jakie podteksty, ani jednego w jego stronę nie skierowałam?! "wiesz o czym mówię, nie chciałbym tutaj Ciebie cytować, nie chcę by nasza znajomość się skończyła ale naprawdę...  koleżanka i kolega, ok?!" Pokiwałam tylko głową i z niedowierzaniem wybałuszyłam oczy. Szok. Później jeszcze oczywiście dalsze umoralnianie mnie, typu "Wyloguj się do życia, zacznij wychodzić, spotykać się z ludźmi, czerpać z tego co masz, bawić się, imprezować..." i "pewnie jak tylko wrócisz teraz do domu to od razy odpalisz Facebooka, co?" Pokiwałam głową, bo jestem świadoma tego jak żyję i nie mam w planach nikogo okłamywać, tworzyć żadnych iluzji dla jakiegoś przypodobania się. 

Odwiózł mnie taksówką, podziękowałam za miły wieczór i uśmiechając się mówiłam jak miło było go zobaczyć po tylu latach. No właśnie wyszłam pierwszy raz z domu od wielu lat i zobaczcie co mnie spotkało... Mam ogromny żal za to spotkanie. Nie tak wyobrażałam sobie ten wieczór, spotkanie po 6latach. 




23.10.2015, 22:52 | polecam
Hakuna Matata


...i już się nie martw, aż do końca swych dni! :) 




27.10.2015, 21:42 | polecam
pomimo burz

I jeszcze miejsca trochę mam
Na wybuchy, słowa skruchy
Na ten niepokoju stan
I jeszcze znajdę więcej sił
Będę walczył, będę kochał
Będę się o ciebie bił


moja nadzieja.




30.10.2015, 15:39 | ja/moje
Gdzie jesteś?

Wracałam z Miasta Studenckiego do domu jeszcze w środę. BlaBlaCarowicz, w BMW. Wiecie, całą drogę była cisza bo z trudem mogłam przełknąć fakt, iż siedzę w tym aucie. Uświadomiłam sobie, że to jest dosłowny symbol mojego upadku. Dokładnie tak. 

Mam kilka tatuaży. Pierwszy zrobiłam kilka lat temu z myślą o tym by był moim drogowskazem, przypominał o tym jak wartościową osobą jestem, jak wielu patologiom się przeciwstawiam, jaka ze mnie twarda wojowniczka. M.in. nawiązanie do braku uzależnień czemu hołduję od nastoletnich lat. To mój świadomy wybór, że nie palę, unikam alkoholu, nie ćpam niczego, nie imprezuję. Nie byłam na własnej 100-dniówce by tego postanowienia nie zaprzepaścić. To, wydawało mi się, świadczy o mnie najlepiej. O tym, że jestem bardzo "prawa", stoję po "jasnej stronie mocy", unikam bycia "jak każdy". W tym dostrzegałam swoją niepodważalną wartość jako kobiety i człowieka. Właśnie wolność od używek, wierność przekonaniom i siła drzemiąca w moim chorym ciele była moją najlepszą wizytówką. Nadal tak uważam, uważam że jestem kimś ponadprzeciętnym i kimś "więcej", "bardziej", "mocniej". 

Na koniec licencjatu moja przyjaciółka wyciągnęła mnie na integracyjną pożegnalną imprezę. Do klubu. Centralnie do klubu. Naszego małomiasteczkowego klubu. Bawiłam się, tańczyłam, piłam alkohol. Nie dużo, nie mocno, nie bardzo. Ale jednak. Żałowałam tego już na drugi dzień zdając sobie sprawę, że nadwyrężyłam postanowienie o braku imprez i dotknęło mnie to do żywego. Uderzyło w moralność i duszę. 

Nie jest tak, że ja absolutnie w ogóle, nigdy przenigdy nie piłam alkoholu bo piłam i zdarza mi się wypić jedno czy dwa piwa (smakowe, tylko) w towarzystwie. Staram się jednak bardzo unikać trzymając się postanowienia. Gdy spotkaliśmy się z Księciem pierwszy raz przyniósł wino. Później parę razy też nam towarzyszyło w spotkaniach. Byłam tak bardzo zakochana, że odsuwałam poczucie winy gdzieś w tył głowy. Przecież rozważałam nawet obecność na wrześniowym weselu mojej wieloletniej przyjaciółki razem z Księciem. Poważnie brałam to pod uwagę! 

Nie lubię seksu, bardzo. Mam ogromne problemy seksualne i jestem ich świadoma. Nie akceptuję seksu dla przyjemności i rozrywki, nie akceptuję luźnego do niego podejścia. To kurestwo i tyle. Bardzo wypaczył mnie związek z Jedynym, bo nie był dla mnie dobry w tej sferze. Był wręcz niedobry. Nie mówię o klapsach lecz braku poszanowania mojego "nie chcę". Kochaliśmy się bardzo rzadko, nie wiem czy policzyłabym ze 20 razy przez te 5lat. Poważnie. Właśnie w mojej niechęci do tegoż "zabijania nudy" doszukiwałam się powodu rozpadu związku. Dla Księcia chciałam być inna, najlepsza na świecie, który nigdy nie odmawia, troszczy się i dba o jego zadowolenie. Mimo iż nadal mi się nie podobało i zmuszałam się do tego za każdym razem. Byłam pewna, że poświęcenie i jednak uprawianie seksu regularnie będzie sprzyjało długiemu związkowi i przetrwamy cementując uczucie również kontaktem fizycznym. Nic bardziej mylnego... Stałam się dziwką w swoich własnych oczach, mimo iż robiłam to z miłości, byłam w dookreślonym związku, nigdy nie wykraczałam poza nieludzkie granice, zawsze byłam traktowana z szacunkiem. A jednak jestem dziwką. 

Nienawidzę BMW, ludzie posiadający taką markę kojarzą mi się z prymitywami i upośledzonym poczuciem bezpieczeństwa/odpowiedzialności na drodze. No sorry, ale systematyczne wypadki z udziałem tych aut żadnego innego wniosku nie podsuwają. Nigdy nie zmienię zdania i nie chcę nigdy jeździć takim autem. Na bank też nie związałabym się z facetem który takim gównem jeździ. I jak nie jestem blacharą, tak jedyne moje zastrzeżenie co do marki auta jest właśnie do BMW, którym gardzę. Zwyczajnie. Jadąc w środę w tym aucie katowałam się myślą, że tak oto złamałam ostatnie postanowienie, które jakkolwiek świadczyło wg mnie o mojej wartości. 

Już nie jestem taka, jaka byłam kiedyś. Twarda, nieprzejednana, wartościowa, wierna zasadom. Jestem bardzo bezwartościową osobą i już chyba Ci właściciele bmw, kurwiszcza dupczące się na lewo i prawo "dla sportu" są bardziej wartościowe ode mnie. Czuję się jak śmieć i mam ochotę powyrzynać żyletką czy nożem ten malunek na skórze. Mimo, iż nie mówił dokładnie o tych przykładach, to jednak odczuwam bezpośredni związek. I jest mi mega źle, przykro, smutno, że z tak fajnej dziewczyny stałam się nikim.