05.10.2012, 22:30 | kariera
studentka na 5

Dostałam
propozycję objęcia stanowiska vice Starosty roku. Jednak jestem doceniana,
choćby za niemalże 100% frekwencję. Jestem mega szczęśliwa bo każdy taki mały
gest mnie cieszy. Lubię czuć się fajna, ważna i potrzebna. Co tu kryć ;) 

Studia ruszyły pełną parą, złożone wnioski na stypendium naukowe i zaciśnięte
kciuki aż do bólu. Mam nadzieję, że wpadnie te kilka groszy bo przecież uczę
się w miarę dobrze. Znajomi na roku jak zwykle dokuczliwi ale taka ich natura.
Poza tym to dzieciaki jeszcze więc nie dziwi nic ;) W końcu coś się dzieje!
Kocham uczelnie. Chociaż mi tam dokuczają po maksie to i tak zawsze czekam na
październik bo w końcu zaczynam oddychać i żyć. Wegetacja się kończy na
9miesięcy. 



Mam nadzieję, że bardzo pozytywny czas mi się zaczyna. Stanę na głowie by właśnie
tak było. 




12.10.2012, 21:30 | miłość
randkowo

Byłam na
randce w tym tyg. 



Nie byłam na takim spotkaniu... no będzie długi czas już. Stresu nie było bo
tego chłopaka znam 1.5 roku przez sieć, ale na skype niejednokrotnie gadaliśmy
nawet z kamerką więc 'obyliśmy się ze sobą'.

Bardzo zabawne jest to, że ma na imię tak samo jak Jedyny. Jest też podobnego
wzrostu i ogólnie bardzo do Niego podobny. Nawet samochód ma ten sam, jaki miał
mój Były w okresie naszego pierwszego spotkania (później wymienił na bardziej
luksusowe). I nawet byliśmy w tej samej knajpce co z Byłym na pierwszym
spotkaniu. Tylko, że rozmowa inna, klimat mniej romantyczny i zakończenie
spotkania również zupełnie inne. 

Nie skreślam nowego obiektu ale nie sądzę by cokolwiek wyszło. Chyba mam już
inne priorytety i przyzwyczajenia by skusić się na cofanie się wstecz. 



Chciałam dać krok do przodu, a tymczasem czuje się jakbym się odwróciła na
pięcie i wpadła wprost w ramiona Jedynego. Mega dziwne uczucie.



Z innymi mężczyznami w otoczeniu wielka posucha. Z TKINCZem kryzys pełną gębą z
mojego powodu. Postanowiłam, że poluzujemy kontakt bo coraz bardziej mnie
ranił. Ciężko jednak 'zerwać' kontakt gdy siedzimy w jednej ławce czy spędzamy
ze sobą multum czasu nadal. Ale to się wkrótce zmieni, bo zna moje stanowisko
ws naszego kontaktu. Nie chcę nic do Niego czuć. Po prostu. Bo wiem, że nigdy
na mnie nie spojrzy tak, jakbym tego chciała. 







18.10.2012, 19:30 | miłość
załamki czas

Chyba
czasami zdarza mi się tęsknić za Jedynym. Przystaję w oknie i patrzę na ulicę,
po której porusza się by dojechać do pracy. Nie widzę Jego auta. Może
przypadek. Może tak lepiej. Czasami jednak bardzo bym chciała 'przypadkiem' Go
spotkać i móc się do Niego uśmiechnąć jak kiedyś. 



TKINCZ wcale mi nie obojętnieje mimo zaprzestania kontaktu. Od 6dni nie
kontaktujemy się, a ja mimo wszystko z zazdrością patrzę na pojawiające się
komentarze Jego autorstwa albo pod Jego zdjęciami na Fejsiku. Ogarnij się! Muszę jakoś to zmienić. Bardzo bym chciała siebie zmienić tak, by
to On był za jakiś czas zazdrosny o mnie. To mój taki cichy plan. Zrzucić
12-15kg i być sexy bitch, nie do zdarcia. Ale niestety moje marzenia to jedno,
brak możliwości realizacji planów to drugie, a zdrowie to trzecie.



Jestem ostatnio zdrowotnie na dnie. Po wtorkowym wyjeździe na Uczelnie nie mogę
chodzić. Bardzo bardzo bardzo boli mnie noga i marzę o weekendzie. O odpoczynku
na full. Jeszcze tylko kilkadziesiąt godzin i jak przytulę się do podusi po
długiej leczniczej kąpieli to mam nadzieję, że obudzę się dopiero w
poniedziałek na zajęcia.



Stwierdziłam, że nie jestem fajna i że nie poradzę sobie z krytyką wśród
znajomych jeżeli kanał się rozprzestrzeni. Zawiesiłam działalność na YT.
Poddałam się. Chciałabym do tego wrócić, ale coś mi się wydaje, że nie będzie
mi z tym po drodze. 



Do dupy z tym wszystkim. Chcę umrzeć. 







21.10.2012, 23:30 | filozofie
filozofije

Mam kilka
przemyśleń, które nie dają mi spokoju. Muszę je z siebie gdzieś w przestrzeń
wyrzucić. 



Możliwe, że moje postrzeganie świata wynika z przekonań religijnych i
społecznych, politycznych i ogólnie tego, że ja jestem od urodzenia odmieńcem. 

Nigdy nie chciałam mieć dzieci. Nigdy. Od samego początku gdy pojawiał się
temat rozmnażania w szkole wiedziałam, że nigdy nie będę matką. Później, gdy
przyszedł czas dojrzewania, dorastania i pierwszych miłości tylko mi się to
zaostrzyło. Gdy weszłam w końcu w związek z Jedynym od razu jak zaczęliśmy
rozmawiać o seksie powiedziałam, że ja nie zamierzam mieć dzieci i lepiej żeby
miał to na uwadze zanim zaczniemy coś działać. Oboje zdecydowaliśmy się na
tabletki, jako najlepsze z zabezpieczeń tak łatwo dostępnych. Nie, nie bałam
się tego że przytyje, ani tego że spadnie mi libido. Ja panicznie boję się
ciąży. Do tego stopnia panicznie, że wolałam faszerować się chemią by w tym
stanie nigdy nie być. No i metoda jak widać skuteczna ponieważ nadal tych
dzieci nie mam i nie zanosi się bym miała. Teraz oczywiście z racji tego, że
nie mam z kim ich 'produkować'. Ale mniejsza z tym. Ja nie potrafiłabym
rozłożyć nóg gdybym miała liczyć w kwestii antykoncepcji tylko na faceta.
Uważam, że moja ci*a to moja sprawa i skoro to JA nie chcę mieć tych dzieci to
przede wszystkim MOIM OBOWIĄZKIEM jest się skutecznie zabezpieczyć. Nie
rozumiem zatem jak dziewczyny, moje znajome, mogą płakać co miesiąc i srać w
gacie ze strachu, że chyba są w ciąży. Skoro nie chcesz w niej być to dlaczego
zabezpieczasz się tylko prezerwatywą, która może zawieść?! Skoro nie chcesz
mieć w tym momencie dziecka dlaczego nie pójdziesz po tabletki, po plastry czy
inne globulki? Dlaczego się nie skonsultujesz z lekarzem by ten dobrał Ci coś
odpowiedniego dla Ciebie?! Bo się wstydzą dupe pokazać. Nosz chryste panie! Tutaj
się rozkraczają przed trzema-czterema w ciągu roku, a przed lekarzem się
wstydzą... Coś jest w tym mega chorego! Szczerze? wcale im nie współczuje
jeżeli wpadają. Ba! życzę im tego, bo może jedna na milion się opamięta i
pójdzie do tego ginekologa po takich hard przejściach jakim jest poród. Mam
wielką nadzieję, że po prostu zmądrzeją. Obrzydzają mnie takie małoletnie
siksy, które potrafią się tylko rozkraczać, ale o zabezpieczenie już nie dbają
bo po co?!o_O 

Teraz drugi aspekt tej sytuacji. Cholernie już mnie nudzą te zmiany statusu
"zaręczona/y" na Facebooku po 2-6 miesiącach związku. To dla mnie w
chuj chore. Patologiczne. Jak można tak lekko podchodzić do takiej poważnej
sprawy jaką jest takie zobowiązanie?! Jak można z taką łatwością mówić
"tak" komuś kogo się nie zna?! Nie ogarniam. W sumie już teraz się
nie dziwię, dlaczego co drugie małżeństwo się rozpada, skoro decyzja o ślubie
podejmowana jest w przypływie jakiejś romantyko chwili lub, co gorsza, pod
presją (np rodziców) bo oto dzidziuś w drodze... Nosz kurwa na jakim ja świecie
żyje?! A to nie można urodzić dziecka jak jest się stanu wolnego?! do szpitala
nie wpuszczą? Losie, zabierz mnie z tego zjebanego świata. 



Tym płynnym ruchem przechodzimy do drugiej kwestii, właśnie śmierci. 

W miesiącach wczesnowiosennych lub późnozimowych (nie pamiętam) powiesił się
pewien 18-latek. Na pobliskim osiedlu. Hmn. Znałam jego starszą siostrę,
chodziłyśmy razem do gimnazjum, do równoległych klas. Po Jego śmierci
opublikowała na tablicy Facebookowej, że pogrzeb odbędzie się za kilka dni i że
On na pewno chciałby by jego bliscy na nim byli. W komentarzach zaczęła się
tyrada szukania winnego, osoby która podkusiła Go do takiego czynu.
Przerzucanie się oskarżeniami nad grobem 18letniego chłopaka. Mega wiocha. Ale
padło tam zdanie ze strony własnie Jego siostry "mam nadzieję, że Ci co
wiedzieli że ma takie plany, a nie zrobili nic by Go powstrzymać będą do końca
życia żyć z poczuciem winy". I pamiętam to zdanie do dzisiaj, nawet sobie
screena zrobiłam, żeby nigdy nie zapomnieć co czuje rodzina kogoś, kto
postanawia samodzielnie się pożegnać. Wiecie... to nie jest tak, że się nie wie
o tym. Czasami może faktycznie, jeżeli nie jesteśmy sobie bliscy nie potrafimy
określić czy akurat u tej osoby nie dzieje się nic złego. Nie potrafimy
dostrzec różnic w sposobie zachowania. Myślimy "e, dołek lekki -
przejdzie". Ale tak naprawdę nawet bliżsi znajomi, jeżeli się im powie
wprost "stary, ja już tak dalej nie mogę, nie dam rady" kompletnie
nic nie robią. Może dlatego, że mają po cichu nadzieję, że to żart, że to tylko
gorszy dzień. Szkoda tylko, że czasami jednak to nie żart ani żadna gorsza
chwila tylko faktyczna zapaść, w której szuka się pomocy u każdego albo nie
szuka się jej wcale. Ja wiem co mówię, bo już kilka razy byłam o cm, o chwile
od zrobienia sobie nieodwracalnej krzywdy i ostrzegałam kogoś, a ten ktoś to
olał. Na serio olał. Nie pocieszał, nie próbował zmienić mojej decyzji. I
możliwe, że to dlatego że nie był przyjacielem, tym prawdziwym bo ponoć
prawdziwi zrobiliby wszystko by do czegoś takiego nie dopuścić. No ale... Już
pisałam kiedyś, że szczęścia do ludzi to ja nie mam, oj nie. I później doszłam
do wniosku, że ja tak naprawdę też nie wiem czy nie przeoczyłam kiedyś takiej
prośby o pomoc przed takim aktem samobójczym. Możliwe, że tak ale nie jestem
tego świadoma, nic o tym nie wiem. Zrobiło mi się w chuj przykro, że ja czasami
też zbyt zajęta jestem sobą by pochylić się nad drugim człowiekiem i być może
dostrzec coś w zachowaniu znajomego, co mnie zaniepokoi... Taki drobiazg, a
może kiedyś ktoś przeżyje bo ja będę "wyczulona". No ale nie jestem.
Chcę zacząć być. Z drugiej strony tak sobie myślę, że niezliczoną liczbę razy
lub do niezliczonej liczby osób można udać się po pomoc, ale tak naprawdę od samobójstwa
odciągnąć możemy się tylko my sami. 







23.10.2012, 22:00 | rodzina
album rodzinny

Zabieram
Was dziś znowu w podróż w czasie. Cofniemy się do liceum, do roku 2008. 



Ostatni rok liceum, ostre przygotowania do matury. Wszyscy zajęci swoimi
sprawami, przygotowaniami do studniówki (na której nie byłam). Siedziałyśmy z
dziewczynami przed siłownią bo nie ćwiczyłyśmy na wfie. Jak zwykle
plotkowałyśmy o nauczycielach, uczniach, sukienkach na bal maturalny, o
partnerach na ten wieczór itepe. Temat zszedł na pożyczanie ubrań i sukienek od
starszych/młodszych sióstr. W pewnym momencie wypowiadała się jedna z
koleżanek, że ma wielkie szczęście bo u niej w rodzinie wszyscy są jednego
wzrostu mniej więcej i nie ma problemu z pożyczaniem od sióstr ubrań. Ja
palnęłam jakoś przez przypadek z pytaniem o wzrost jej brata, bo wiedziałam że
owego ma. Ona się zarumieniła, a reszta koleżanek z niedowierzaniem patrzyła na
nią bo jak to... ona ma brata?! Cały czas mówiła TYLKO o swoich 3ch chyba
siostrach, a tu taka Ci niespodzianka, ma jeszcze brata. Jak się później
okazało nie przez przypadek nic o nim nie mówiła. Brat był/jest osobą
niepełnosprawną i po prostu jego ciało jest na tyle zniekształcone, że nie
wiedzą ile ma wzrostu. Powiedziała to przez zaciśnięte zęby i z wkurwem w
oczach. Zrobiło mi się fest głupio, bo nie wiedziałam, że to taka wielka
tajemnica. A później zrobiło mi się przykro i żal tego brata, że ma tak chujowe
siostry, że się do niego nie przyznają nawet. Udają, że go nie ma. 



Teraz, po latach świetlnych od tamtego czasu, po tym jak przypomniała mi się ta
historia kilka dni temu uświadomiłam sobie, że jestem szczęściarą. Mam mega
zajebiste rodzeństwo, na które się wiecznie skarżę zamiast doceniać. NIGDY się
mnie nie wstydzili, nie chowali przed kolegami. Ba! Chętnie zapraszali kolegów
do mnie na Sylwestra czy koleżanki siostry wbijały na plotki. Do tej pory z
kolegami brata się wygłupiam i w przypływie szaleństwa macham do nich na
korytarzu szkolnym, żartuje na facebooku i wysyłam zaczepki. Koleżanki siostry
zawsze miały u mnie wsparcie i pomoc czy to przy zrobieniu fryzury, makijażu,
zrobieniu pracy na plastykę lub informę czy po prostu posiedzieć przy jakimś
piwku i pizzy. Często siostra chwaliła się moimi rzeczami i z dumą przyznawała,
że to moje czy że ja ją pomalowałam, ja coś tam. Najmłodszy brat też nigdy się
mnie nie wstydził, choć dzieli nas spora różnica wieku zawsze ma u mnie
wsparcie, robię z nim kolacje albo uczę się z nim czy pomagam w pracach
domowych, tak jak teraz - ozdabiam mu zeszyt do plastyki. 

Oni również śpieszą mi z pomocą gdy jej potrzebuje. Przyjeżdżają po mnie po
zajęciach czy mnie na nie odwożą, jeżdżą oglądać rowerki stacjonarne i dla mnie
je w sklepie testują pod kątem moich anty zdolności sportowych, idą zmierzyć
moją wymarzoną bluzkę gdy mnie już boli noga i do kolejnego sklepu już nie dam rady
wejść, kupują chipsy albo piwo gdy mam gorszy dzień albo dzwonią zapytać co się
stało gdy ustawię dołujący opis na gg czy na facebooku. Siostra potrafi
odgadnąć moje myśli i zawsze widzi, gdy jest źle. Nie muszę nic mówić. Zawsze
są gdy tego potrzebuję i wtedy gdy chcę by byli, bo to nie to samo. 

Jestem z nich mega dumna, bo są wspaniali. Lepszego rodzeństwa nie mogłabym
mieć. Rosną na fantastycznych młodych ludzi, z których można tylko brać
przykład. Są pomocni, empatyczni, tolerancyjni i wyrozumiali, a także otwarci
co jest bardzo ważne. No są genialni!



Tylko szkoda, że przyjaciół takich nie mam. Bardzo bardzo szkoda. Ale o tym
będzie w następnym odcinku ;) 







31.10.2012, 23:00 | ja/moje
człowiek porażka

Co zrobię
krok w przód to zaraz daję dwa kroki do tyłu. 



Staram się być lepszym człowiekiem każdego dnia. Propaguję ideę
transplantologii, chętnie pomagam jeżeli chodzi o komputer, grafikę, robię
ludziom za free dzwonki na telefony, tapety na pulpit, wspieram rodzeństwo,
pomagam im robić prace plastyczne, pomagam w domu, gotuje, przygarniam bezdomne
koty i jestem kujonem, który daje dobry przykład swoim indeksem innym. 

Jednocześnie jestem na maksa wredna, dwulicowa, chamska, obrabiam dupę za
plecami, potrafię kompromitować ludzi albo poniżać ich słowem tak, że aż
skwierczą mi pod palcami. Prowokuję kłótnie, jestem niewdzięczna, pyszna i
próżna. 

Chcę wyjaśniać sytuację z gimnazjum i umawiam się z jedną z byłych koleżanek z
tamtego okresu by to poukładać, a jednocześnie mając 23 lata i takie
doświadczenia robię dokładnie to samo innej osobie wiedząc, jak to w chuj boli
i niszczy. Ja przestałam czuć więcej i wyżej. Jestem egoistką i lubię dręczyć
ludzi. Wiem, że mi to wychodzi bo ja nie mam sumienia.



Dzisiaj, po tej całej sytuacji na uczelni i poza nią, gdy zrównałam kolegę z
ziemią na facebooku na ogóle tak, by każdy wiedział o kim mówię i jakim jest
prostakiem, tata zabrał mnie na przejażdżkę po Roztoczu. Oddychałam świeżym
powietrzem, którego tak bardzo mi brakuje... I później popatrzyłam na tatę i w
oczach stanęły mi świeczki. Pomyślałam, że tak na serio to tylko jego skrzywdzę
swoją śmiercią, a jego najbardziej mi szkoda bo kocham go bezgranicznie. A myśl
o śmierci, jej dokładnej dacie jest ze mną od kilku już dni. Na pewno spróbuję,
jeżeli nie wyjdzie - trudno, za jakiś czas spróbuję znowu. Oby jednak się udało
bo ta data to piękna, wielka data. Wyjątkowa.