08.10.2018, 20:43 | filozofie
pierwsze kroki w związku - pato zachowania

Każdy jest na swój sposób pojebany w podejściu do związku.

Moja koleżanka. Zgadza się iść po koleżeńsku z obcym gościem na wesele, spotykają się 3 razy, nie całują nawet nie trzymają za rękę, NIC, a ona już rozkminia, czy się dla niego do Niemiec przeprowadzić. On tam hula, imprezuje, pozwala sobie na jakieś dziwne spotkania z koleżankami, a ona ma syndrom zakonnicy/pokutnicy więc przestaje wychodzić z domu bo jak ją ktoś zobaczy z jakimiś ludźmi (również facetami) to matko, to zdrada i w ogóle. I to podejście przejawia się w trzecim jej (podejściu do) związku. Nigdy z żadnym z tych chłopaków się nie całowała, ale związek godny walki na śmierć i życie. Nie słucha porad, nie chce zmieniać niczego w postępowaniu. Woli w taką bajkę wierzyć i już.

Znajomy zaprzecza, że chce kogoś mieć. Twierdzi, że się nie angażuje w znajomości, że ma na to olewkę i daje sobie spokój, że dwa dni rozmów to max, a później jakoś się to rozmywa itd. Zawsze poznaje kogoś w ciągu tygodnia i zarywa 3 noce z rzędu, przegaduje całymi dniami. Później sam nie zagaduje i jest zdziwiony, że kobiety za nim nie latają z wywieszonym jęzorem. Mówi "gadamy, jest super ale na pewno jutro bedzie po wszystkim" - no gratuluję podejścia! Pochodzi z pato rodziny i jest, jak to mój psycholog mówi, "poraniony". Nie ułoży mu się póki nie wyleczy się u psychologa ze swoich naleciałości domowych. To właśnie się wyłania z jego postepowania. Rozpaczliwie pragnie być kochany, ale zadurza się bez przerwy z płytkich pobudek, nawet nie seksualnych tylko "potrzeby nie bycia samemu".

Nie byłoby tego wpisu gdyby nie mój przykład. Ja wydaje się być normalna na etapie zapoznawania kogoś, tutaj u mnie wszystko jest ok. Chyba? Poznaje kogoś, piszę z nim kilka tygodni, później się umawiam, coś tam pyka, są spotkania, pocałunki, przytulanki, rozmowy. Ale na etapie rozmów i kilkumiesięcznego związku zaczynam robić plany na bardzo daleką przyszłość, bo nie interesuje mnie dzień dzisiejszy, a zaczynam się fixować na zaręczynach, ślubie, dzieciach itd. Nie ma podstaw do takich rozważań, ale oczywiście moje myśli same w tę stronę biegną. Bardzo, bardzo błędne zachowanie. I nie jedyne. Próbuję wymuszać płaczem pewne zachowania, używam kobiecych sztuczek żeby osiągać cele, a jednocześnie niosę na barkach demony przeszłości i podejrzewam, że po każdej kłótni to już koniec związku, on na bank mnie zdradza, itd. Bo to mnie zawsze spotykało, ze strony każdego dotychczasowego faceta i przyciągam te chore myśli, mimo trudów pracy nad sobą.

I pomyślałam wczoraj wieczorem, że tak naprawdę ja też jestem nadal "poraniona" i nie wiem czy te zranienia kiedykolwiek uda się zaleczyć - bo czy nie chodzi o to, że blizny warto zostawić bo wzmacniają, to rzekome znaki wojownika? Też bywam męcząca. Ze swoimi opowieściami o wątpliwościach, kłótniach itd ale i mnie złoszczą kolejne wywody moich znajomych bo widzę te same błędy, które ciągle powielają i z powodu bezradności wobec tego zaczynam się wkurzać. Bo jak nimi potrząsnąć, żeby nie krytykować, nie oceniać, a jednocześnie umiejętnie pokierować przemyśleniami żeby zmienili podejście? Uzdrowić ich obrane sprawdzone, ale złe, drogi.